Miesiąc temu pisałem, że „jest dobrze”. Dwa tygodnie temu „jest nieźle”. A teraz? A teraz jest „tak jak zawsze”, czyli „co się polepszy, to się popieprzy”. Krótko mówiąc: jest źle.

Nasze rzeszowskie „wyczyny” ogladałem znowu w nietypowej sytuacji, zostałem bowiem zaproszony na premierę filmu dokumentalnego „Mecz o Warszawę. Historia Czarnych Koszul”. Co ciekawe, film ten nakręciły… dzieciaki! – w ramach akcji fundacji Otokultura.org. Dzieci okazały się cholerne zdolne, film jest fajny, a sala kina Atlantic wypełniła się prawie w komplecie. Problem w tym, że projekcja zaczęła się dokładnie z ostatnim gwizdkiem na przerwę w Rzeszowie. Siedziałem zatem w sali z telefonem i oglądałem, sędzia gwizdnął, światło zgasło – zaczął się pokaz.
No po prostu kwintesencja Polonii Warszawa: dumna historia na ekranie kinowym, a w tle skrzecząca współczesność na ekranie telefonu… Drużyna Piotra Stokowca teoretycznie miała grać już tylko lepiej, wygraliśmy w Niecieczy… No i co? No i jak zawsze… Najpierw Lechia podziurawiła nam obronę na K6 (wjeżdżali jak w masło), a w Rzeszowie młode chłopaki z Podkarpacia „dały z wątroby” – zaś nasza impotencja w ofensywie trzyma „stały, wysoki poziom” (film trwał jedynie 40 minut, więc ostatni kwadrans monotonnego bicia głową w mur znowu mogłem obejrzeć…)
Co się dzieje? Człowiek ma wrażenie, że co nam strzelają na bramkę, to pada gol – czy to tylko wina niedoświadczonego bramkarza? Oczywiście, że nie – jakichś mega baboli ów golkiper wszak nie wpuszcza, problem jest dużo grubszy i dotyczy również innych formacji. Wszystko się sypie, nic nie działa…
Co dalej? Jedyne, na czym można opierać nadzieje, to kwestia powtarzalności pewnych zjawisk: u nas jak jest dobrze, to wiadomo, że zaraz coś się pochrzani, ale to działa też w drugą stronę – po okresie beznadziei z jakiegoś tajemniczego powodu przychodzą serie zwycięstw. Czy historia się powtórzy…?



Dla mnie diagnoza jest stale taka sama. W składzie drużyny muszą przeważać ludzie
o mentalności walczaków, zwycięzców, z sercem dla Polonii. Nie wypada mówić o nazwiskach, ale podam jedno – Mateusz Kuchta. Jedenastu Mateuszy i wygrywamy co chcemy w tej lidze. „Jakościowym” pracownikom najemnym podziękujmy.
Wychowankowie do 1 drużyny! Na pewno przegramy ten sezon, ale dalej będzie już tylko lepiej.