Rollercoaster z happy endem

Mimo gry w dzień powszedni i niezbyt zachęcającej pogody, dzięki dobrej postawie i wysokiemu miejscu w tabeli, na stadionie zjawiło się sporo zwolenników „Czarnych Koszul”, aby być świadkami dalszego marszu w górę tabeli.

Wojciech Fadecki, Michał Brudnicki

Przeciwnikiem był KKS Kalisz, a sam mecz był odrabianiem zaległości z pierwszej kolejki. Kaliszanie doskonale rozpoczęli tegoroczny sezon, ale w ostatnich spotkaniach zaczęli przejawiać objawy lekkiej zadyszki. Tymczasem Polonia wydaje się z meczu na mecz rosnąć i wszyscy byli na 100% pewni wygranej i objęcia pozycji samotnego wicelidera.

I wszystko wydawało się iść zgodnie z planem. Spokojna gra z lekką przewagą od samego początku, bez wielkich fajerwerków, nawet przy odważnych próbach przechodzenia przez gości do kontr z udziałem kilku zawodników napawały publiczność wiarą w końcowy sukces. W 18 minucie, czyli chyba najczęstszym momentem meczy, który jakoś kojarzy mi się ze zdobywaniem bramek, poszła szybka akcja prawym skrzydłem zakończona strzałem z bardzo ostrego kąta w wykonaniu Wojtka Fadeckiego, którego nie dał rady obronić bardzo dobry bramkarz kaliszan. A więc 1:0 i dalsza spokojna gra do końca pierwszej części gry.

Druga część meczu rozpoczęła się w tym samym duchu. Nasi nadal mieli lekką przewagę i na trybunach było spokojnie. Oczywiście zaczęliśmy powoli dostrzegać pewną, hmm, nazwijmy to, dysproporcje w ocenie sytuacji boiskowych przez sędziego, ale bez drastyczności. Na dokładkę Łukasz Piątek doskonale przymierzył zza linii pola karnego i nasze prowadzenie wzrosło do 2:0. Trener reprezentacji narodowej określa ten wynik jako bardzo niebezpieczny. Tym razem przekonaliśmy się, że nosi to znamiona prawdy. W zupełnie przypadkowej sytuacji, bez najmniejszego zagrożenia dla naszej bramki, samotny gracz gości znalazł się po prawej stronie i zacentrował do stojących w polu karnym Michała Brudnickiego wspieranego przez naszych trzech obrońców. Przeciwnika ani jednego. I nagle do piłki wyskoczył jak diabeł z pudełka Eryk Mikołajewski i bezwzględnym strzałem skierował ją do bramki. Tak zdobyty gol zupełnie rozstroił naszą ekipę. Błędy zaczęły gwałtownie zamieniać się w „wielbłądy”, a gracze dotychczas prezentujący się na przyzwoitym poziomie nagle zupełni stracili wszelkie umiejętności. Goście osiągnęli wyraźna przewagę, naszym nie wychodziło zupełnie nic! Najgorsze babole były dziełem rozgrywającego do tej pory całkiem niezły mecz Piotra Marcińca, aż wreszcie po jednym z jego zagrań, doszło do spięcia w polu karnym pomiędzy napastnikiem Kalisza i Michałem Grudniewskim. Siedziałem daleko i nie umiem ocenić czy był faul, czy go nie było. Sędzia, który już dosyć wyraźnie zaczął sprawiać wrażenie zainteresowanego wynikiem meczu żadnych wątpliwości nie miał i wskazał na wapno.  No i mieliśmy remis. Goście poczuli krew i wydawało się, że jeśli ktoś coś jeszcze strzeli to będą to tylko oni. Poza tym sędzia pilnował żeby wszystko szło tym torem, co doskonale było widać w momencie faulu na Krystianie Pieczarze, który z całą pewnością zasługiwał na kartkę, przy czym niektórzy byli zdania, że nawet na czerwoną. Sędzia grę przerwał, bo Krystian padł jak rażony piorunem, gdyż cios był przepotężny, ale faulu nie gwizdnął i grę wznowili goście. Jakieś dwie minuty później, kiedy gracz przyjezdnych powtórnie wjechał w naszego, sędzia już wątpliwości nie miał i gwizdnął dla gości wolnego z okolic naszego pola karnego. Takie „sędziowanie” oprócz wściekłości trybun, rozjuszyło chyba także naszych zawodników, bo w ostatniej minucie meczu poszli do przodu i akcję zakończyli zdobyciem trzeciej, zwycięskiej bramki przez Marcina Kluskę. W doliczonym czasie nikt nie miał już nic do zaproponowania i sędzia wreszcie odgwizdał koniec spotkania. I tak skończyła się jazda z nieba do piekła i z powrotem. Z tego rollercoastera zsiedliśmy z tarczą! Zostaliśmy samodzielnym wiceliderem z przewagą już trzech punktów nad kolejnymi rywalami, kończąc jednocześnie tryptyk meczowy z trójką drużyn z samej czołówki. Rezultat dwie wygrane i jeden remis (przy naszej autentycznej przewadze) napawają zdecydowanym optymizmem. Kolejny mecz znowu z ekipą z czuba, czyli Jastrzębiem. I myślę, że też będzie do przodu, ale nasi gracze musza kilka rzeczy po dzisiejszym meczu przemyśleć…

W zasadzie wolał bym chyba dziś ocen nie wystawiać, bo przecież wygrana, ale…

Bramka, czyli Michał. Przy straconych golach nie zawinił i był kompletnie bez szans. Kilka razy bronił, miał tez nieco szczęścia, ale nie ustrzegł się też błędów przy dośrodkowaniach przeciwników. W sumie dobra robota.

Obrona. Wspomniani już Eryk, Michał i Maciek Kowalski-Haberek. Ich gra nie powaliła. Eryk pechowo, a niestety miał jeszcze ze dwie nieprzyjemne straty. Michał z problematycznym (albo nie, ale nie sprowokowanym przez własny błąd) karnym interweniował dobrze. Z zastrzeżeniem – na nim głównie spoczywał obowiązek wyprowadzania piłki, a tu mylił się i to często. Maciek też nie błyszczał jak w poprzednich meczach, choć bez jakichś jaskrawych błędów.

Wahadła – Wojtek i Kuba Wawszczyk. Mnie bardzo cieszy powrót do dobrej formy i gry Wojtka. Teraz przypomina siebie z końcówki poprzedniego sezonu. Dla mnie najjaśniejszy punkt naszej drużyny w tym meczu. Dodam dobrą zmianę Adama Pazio z asystą przy trzeciej bramce Marcina.

Pomoc czyli Łukasz i Piotr. Łukasz z piękną bramka i wyważona grą. Piotr jako główny rozgrywający. Do samobója w miarę przyzwoity, choć nie tak sprawny jak w niektórych poprzednich meczach. Od tego momentu dramatycznie elektryczny, publiczność nie chciała wierzyć, że to naprawdę on! Na zmianach Bartek Biedrzycki i Jan Majsterek – nic nie popsuli, ale jakoś znacząco nie zaznaczyli swojej obecności.

Linia napadu – Marcin, Krzysio Koton, Michał Fidziukiewicz i na zmianie Krystian. Marcin gra interwałami – raz jakaś perełka, za chwilę cos zupełnie nieprzemyślanego. Dziś więcej było tych jasnych momentów, no i ta zwycięska bramka. Czyli plusik! Michał miał szanse, strzelał lepiej lub gorzej (przestrzelona góra pozycja w drugiej połowie), ale bez zdobyczy, trochę przez brak precyzji, trochę przez dobrego bramkarza gości. Mankament to trochę za mała szybkość. Krzysio, mój ulubieniec, dziś niestety rozegrał najsłabszy mecz w tym sezonie. Dużo strat, zupełnie bez błysku. Niestety na minus, co dostrzegł także trener w miarę szybko go zdejmując z boiska. Krystian podjął walkę, raz zaskoczony przypadkową piłką w polu bramkowym (mógł się nie zorientować), raz brutalnie sfaulowany, akurat wtedy kiedy miał szansę na sam na sam z bramkarzem.

No i osobne słówko o sędziowaniu. Liniowi wydawali się pokazywać wszystko prawidłowo. Niestety w żaden sposób nie da się tego odnieść do głównego arbitra, Alberta Różyckiego z Łodzi. Gdyby się mylił w obie strony, to można by powiedzieć, że nie miał swojego dnia. Niestety dostrzegał „muśnięcia motyla” w wykonaniu naszych, a bagatelizował i nie odgwizdywał ciosów „niedźwiedziej łapy” w wykonaniu gości. Przypadek? Co do karnego to go nie obwiniam, bo chyba jakiś kontakt był, więc ma usprawiedliwienie. Nasze szczęście polega na tym, że innych okazji do dyktowania karnych już nie było, a nasze bramki padły bez najdrobniejszych wątpliwości co do ich prawidłowości. Być może tylko dlatego wygraliśmy. Wydaje się, że sędziowie powinni być staranniej dobierani, bo ten sprawiał wrażenie, że jego ulubionym klubem jest ŁKS, a u nas nieładnie się o nim śpiewa….

Author: trickywoo

6 thoughts on “Rollercoaster z happy endem

  1. Co do sędziego głównego da się napisać (i powiedzieć) tylko jedno: ch** w d*** Łodzi, tym k***** nic nie zaszkodzi.
    Sędzia był tragiczny. Chyba ma rodzinę z Kalisza albo bardzo nie lubi Polonii. Gnój prawie nam odebrał trzy punkty.

Dodaj komentarz