Tytuł odnosi się do drużyny naszych gości, Huraganu Morąg (nie chcę przekręcać pierwszego członu nazwy, a na trybunie słyszałem różne jej warianty). Otóż kiedy otworzymy stronę klubową Huraganu w zakładce „największe osiągnięcia” wspomina się mecz z 1983 (!) roku, kiedy to mazurska drużyna ograła słynną Polonię Warszawa na własnym boisku 1:0. Po trzydziestu czterech latach Mrągowianom udało się przebić ten wynik wygrywając na boisku rywala i strzelając dwie bramki.

Mateusz Małek

Mateusz Małek (fot. Michał Laskowski)

Cóż, wiedzieliśmy, że straciliśmy sporo ludzi z drużyny, a w sumie niezbyt zyskaliśmy w składzie, ale jednak panowała powszechna opinia, że Huragan nie powinien stanowić specjalnie trudnej przeszkody i spokojnie zainkasujemy 3 punkty. Kwestią była ilość strzelonych bramek, a tu kilkakrotnie usłyszałem typy na poziomie 3, w porywach do 5! Marzenia jak ptaki szybują po niebie….

Zaczęło się nieźle, Mariusz Marczak przymierzył z woleja i potężnie huknął, jednak bramkarz przyjezdnych odbił piłkę na róg. Trzeba od razu powiedzieć, że kolejne strzały, a było ich kilka, wypluwał przed siebie i gdybyśmy mieli kogoś w ataku, to mógłby on łatwo zainkasować nawet hat-tricka w kwadrans. Tyle, że nie mieliśmy…

Na dokładkę okazało się, że goście tez mają ochotę czasami zaatakować, czego dowiedli w 10 minucie oddając groźny strzał, który trafił w poprzeczkę. Akcje szły raz w jedną , a raz w drugą stronę, może z leciutką przewaga naszych. Pierwsi wbili piłkę do siatki goście w 22 minucie, tyle, że szczęśliwie sędzia nie przeoczył faulu na Mateuszu Tobjaszu, towarzyszącego tej akcji. Chwilę później Bartosz Wiśniewski idealnie wyłożył piłkę w polu karnym Marcinowi Klusce, który spartaczył strzelając prosto w bramkarza. Później po akcji debiutującego Piotra Maślanki mało nie zdobyliśmy gola po strzale samobójczym. Wreszcie w 41 minucie bramkarz Huraganu strzelił kolejnego byka, wypuszczając piłkę z rąk za pole karne, a bezpańską piłkę wbił spokojnie do pustej bramki Mateusz Małek. I to było na tyle w I części meczu. Ze spokojem oczekiwaliśmy drugiej odsłony i gradu bramek napoczętych rywali.

Nasze nadzieje zostały szybko rozwiane, bo już w 52 minucie z kolei Tobjasz popełnił kardynalny błąd niezdarnie piąstkując piłkę na głowę któregoś z przeciwników, a ta lekkim lobikiem wtoczyła się do bramki. No to teraz rozjuszeni nasi pożrą biedny Huragan, pomyśleliśmy. Figa! Nasi zaczęli grać coraz bardziej nerwowo, niestety również niemrawo i nieskładnie, a w 70 minucie tylko cud uratował nas przed utratą bramki, kiedy któryś z gości z kilku metrów strzelił nad poprzeczką. Biorąc pod uwagę, że nikt go specjalnie nie niepokoił, musiał się postarać, żeby to spudłować. Ale co się odwlecze, to nie uciecze – już minutę później na naszą bramkę poszedł kolejny atak, a najlepszy gracz gości, niejaki João Augusto Fortunato, grający z zupełnie innym numerem niż zapisano w programie meczowym, człowiek pozyskany z bodajże z Bielawianki Bielawa (mam nadzieję, że nie przekręciłem), a uważany za objawienie Morąga w poprzednim sezonie, ośmieszył naszą obronę i spokojnie strzelił drugiego gola. I niestety końcowe minuty meczu były już festiwalem naszej nieudolności, a kolejne zmiany zupełnie tego obrazu nie zmieniały.

Sędzia gwizdnął, goście popadli w euforię, nasi szybciutko zniknęli w tunelu, a dosyć liczna publiczność gorąco podziękowała gościom za grę. Zasłużenie – byli zwyczajnie lepsi, co specjalnym aż wyczynem nie było. Ale lepiej się ustawiali na boisku, szybciej biegali, byli bardziej zdeterminowani, stosowali dużo prostopadłych, groźnych podań, bezlitośnie dziurawiących naszą słabą obronę.

Mariusz Wierzbowski

Mariusz Wierzbowski (fot. Michał Laskowski)

Biorąc pod uwagę, że Huragan jest uznawany przed sezonem raczej za outsidera naszej ligi, to porażka z tą drużyną na własnym boisku raczej słabo nam rokuje. Miejmy nadzieję, że to „wypadek przy pracy”, brak zgrania, brak świeżości , czy co tam jeszcze chcecie i w kolejnych meczach nasi się podniosą i coś zaczną grać. Oby, bo dziś przykro było na to patrzeć. Pierwsza połowa nie była nawet zła, ale druga wręcz dramatyczna.

Ocenki? Proszę bardzo.

Tobjasz w bramce. Na minus, z pewnością drużynie nie pomógł. Pierwsza bramka to jakiś kabaret (nawet się zaczęliśmy zastanawiać, czy pod tą bramką nie ma jakiejś żyły wodnej, bo najpierw bramkarz gości, później Toby… Poza tym kilka innych błędów i raczej postawa taka bardziej „elektryczna”.

Obrona – Marcin Bochenek, zupełnie słabo, żeby nie powiedzieć źle, Daniel Choroś, wolny, nieskoncentrowany, niewidoczny w ataku, a mierny w defensywie. Krok w tył od tego jakim go pamiętam, Rafał Zembrowski – mniej błędów, ale jednak były, nic specjalnego nie pokazał. Maślanka – nówka sztuka i w przekroju całej formacji najjaśniejszy punkt. Błędy były, ale przetykane niezłymi zagraniami, a przy tym duże zaangażowanie.

Pomoc. Michał Oświęcimka – czyli to co zawsze- walka i zaangażowanie, pozostawił serce i płuca na boisku. Dlaczego inni tak nie grają? Marcin Gawron, hmm, w sumie to nawet niezły debiut. Nie żeby zaraz dąć fanfary, ale powyżej średniej drużyny. Nawet trochę gry do przodu, co w przypadku naszych środkowych nie jest zbyt częste.

Wyżej Małek, który mnie się podobał i to nie tylko dlatego, że przytomnie zdobył bramkę, ale, zwłaszcza w I połowie, nieźle budował grę, Marczak, raczej przyzwoicie, Wiśniewski, umiarkowanie, zwłaszcza, że gasł z upływem czasu.

Szpica – Kluska. Chaotyczny, nieskuteczny. Walczył, ale mało produktywnie. Gdyby był prawdziwym napadziorem, to by dziś nastrzelał.

Ogólnie drużyna jako kolektyw bardzo miernie, wręcz słabo. Z niepokojem czekam na kolejne mecze – zarówno Ursus, jak i Drwęca jawią się jako zespoły groźniejsze.