Przed meczem z Rozwojem Katowice sytuacja była jasna – musieliśmy wygrać. Praktycznie bez alternatywy. Muchomor bardzo ładnie nam to przedstawił w swojej wyliczance szans i potrzeb. Goście o tym chyba też wiedzieli, bo postanowili nam zadania nie utrudniać. Pomóc postanowili także inni, gdyż w Bytomiu punkty traciła równolegle Olimpia Zambrów. Wszystko prysnęło…

Donatas Nakrošius i Dominik Pusek

Donatas Nakrošius i Dominik Pusek (fot. Robe6)

W meczu nie mógł wystąpić wykartkowany Piotr Kosiorowski i jego brak było widać. Zniknęło gdzieś dobre rozegranie i opanowanie środka pola. Michał Oświęcimka pozbawiony wsparcia naszego kapitana musiał sobie radzić w towarzystwie jego zastępcy, feralnego Donatasa Nakrošiusa, sprawcy naszego nieszczęścia w Niepołomicach. Poza tym na boisku pojawili się wszyscy pozostali, którzy pozostawili po sobie tak pozytywne wrażenia z meczów z potentatami naszej ligi. Wierzyliśmy, że drużyna, nawet bez „Kosiora”, poradzi sobie ze słabieńko grającymi rywalami.

Mecz się zaczął od mocnego uderzenia już w 5 minucie Mariusza Marczaka, sparowanego na róg przez bramkarza gości. A później? Później w I odsłonie spotkania już nic godnego uwagi się nie działo! Zwykle robię sobie notatki, starając się zaznaczyć ważniejsze momenty meczu i uwierzcie mi, po pierwszej połowie miałem zapisane tylko jedno zdanie, to o inicjującej mecz akcji! Drużyna grała chaotycznie, posyłając długie „lagi” na pozostającego „na desancie” Daniela Gołębiewskiego, tylko że on nijak nie przypominał tego „Dyzia”, jakiego żeśmy zapamiętali z przeszłości. Brak szybkości, brak orientacji, brak pokazania się na pozycji plus to co zwykle, czyli brak techniki. Reszta czaiła się z tyłu.

W przerwie usłyszeliśmy komentarz człowieka związanego z myślą szkoleniową, że spokojnie, drużyna realizuje założenia taktyczne (sic!).

No nic, cierpliwie czekaliśmy na drugą część spotkania. Drużyna rozpoczęła z większym jakby animuszem. Ataki były soczystsze. Goście próbowali się odgryźć tylko raz, w 55 minucie, kiedy któryś z ich graczy lekko podał piłkę do Dominika Puska. Tak! Oni praktycznie nawet nie próbowali nic zagrać, byli skoncentrowani na dosyć mizernej obronie. Widać było po nich strach przed porażką, co w świetle poprzednich meczów, w których zbierali oklep nie mogło dziwić. Wszak grali ze słynną, mocarną Polonią, wielką marką, która tylko zbiegiem dziwnych okoliczności znalazła się tak nisko w tabeli, ale przecież w każdej chwili ma potencjał na zmiażdżenie dowolnego rywala! I w sumie tak to mogło wyglądać, bo już dwie minuty później, Marczak, chyba nieco sfrustrowany nieskładnym biciem głową o nadkruszony mur obronny Rozwoju oddał bardzo ładny i mocny strzał spoza pola karnego i piłka ugrzęzła w siatce obok bezradnie interweniującego bramkarza z Katowic. Wyglądało na to, że nasi pójdą za ciosem, trener nawet formalnie wzmocnił siłę ofensywy, wprowadzając Krystiana Pieczarę i Marcina Kluskę.

Michał Zapaśnik

Michał Zapaśnik (fot. Robe6)

Później, na ostatnie dziesięć minut, za „Manola” pojawił się Michał Zapaśnik. Nasi niby przeważali, ale gra była totalnie chaotyczna, a prawdziwy festiwal pomyłek mogliśmy zaobserwować w 86 minucie, kiedy w polu karnym zmienić wynik mogli kolejno wszyscy świeżo wprowadzeni gracze, a skończyło się odbitym na róg uderzeniem Donka. Tyle, że nasza ekipa zaczęła stwarzać także sytuacje mizernie i niemrawo, ale jednak próbującym czegoś dokonać z przodu rywalom. Pocieszającym był tylko fakt, że Rozwój jawił się jako drużyna, która nie bardzo wie o co chodzi na boisku. W 89 minucie mogło i powinno być po balu, bo fenomenalne podanie od Zapaśnika dostał w pole karne Krystian, niestety nie umiał opanować piłki, która w efekcie padła łupem bramkarza. W doliczonym już czasie za wymienionego Bartka wszedł Daniel Choroś, a nasi nadal mieli coś na kształt przewagi. I kiedy sędzia sięgał już po gwizdek żeby mecz zakończyć, goście wybiegli do przodu większą ilością graczy. Chaotyczne zagranie w nasze pole karne, piłka odbita przez Puska przed siebie, a tam znalazł się jeden z graczy gości i dobił ją do bramki. I mecz się skończył. Pamiętacie zeszły tydzień? Tam też dostaliśmy fangę w ostatniej sekundzie. Widać ta nasza drużyna nie ma wystarczających umiejętności, aby wynik doholować do mety. I w ten oto sposób praktycznie pożegnaliśmy się z marzeniami o pozostaniu na centralnym poziomie rozgrywkowym. Ktoś zaraz powie, halo, na papierze mamy jeszcze szanse, wystarczy wygrać pozostałe cztery mecze! A ja odpowiem – skoro nie potrafiliśmy zgolić niczego nie prezentujących miśków z Katowic na własnym terenie, to liczenie na ogranie solidnych Błękitnych lub grającego w dowolnym składzie, sytego chwały po awansie do I ligi Rakowa, graniczyło by z cudem.

Chciałbym jeszcze poruszyć jedną kwestię. Oglądając mecze piłkarskie, bez względu na klasę drużyn i rangę rozgrywek, zwykle zżymam się na specyficzną grę na czas w końcówce przez drużyny holujące pozytywny rezultat i mam dziką radochę, kiedy są za to karcone. Konkretnie mam na myśli siłowe zmiany w ostatnich sekundach. Czasem widać, że sędzia nie ma specjalnej ochoty na przeciąganie meczu, a robi to tylko zobligowany regulaminowym wymogiem doliczenia czasu za dokonane zmiany. Teraz popatrzcie, gdybyśmy nie usiłowali zyskać tych nędznych sekund tym procederem, to być może zarówno mecz w Niepołomicach, jak i wczorajsze spotkanie mogłyby się skończyć o 30 sekund wcześniej, a co to oznacza chyba nie trzeba wyjaśniać – konkretnie byłyby to TRZY punkty ekstra i sytuacja radykalnie lepsza niż szambo, w którym tkwimy powyżej czubka głowy. O ile także Puszczy można się było obawiać, to sorry, ale jak widziałem niemoc gości, to pozwolenie na zepchnięcie się na własne pole karne, znacząco patrząc kiedy sędzia wreszcie gwizdnie fajrant, jest karygodnym brakiem logiki, umiejętności i elementarnego myślenia. Rozwój nie był ani przez moment rywalem, którego powinniśmy się obawiać, twierdzę, że była to najsłabsza ekipa, którą mi przyszło oglądać na naszym stadionie. Wczorajszego wyniku nie można więc oceniać jako pechowego lecz raczej jako Himalaje frajerstwa i hańby!

Czy możemy kogoś wyróżnić za ten mecz? Nie widzę nikogo, no może delikatne przebłyski ciekawszych zagrań tych najmłodszych, czyli Czarka Sauczka na początku meczu i Marcina Kluski po jego pojawieniu się na placu gry. Ale to tak trochę na wyrost.

Obejrzymy tę ligę do końca, dużo jej już nie zostało, może nagle będziemy świadkami prawdziwego cudu? Chociaż coraz trudniej w to uwierzyć…