Z okazji meczu z Gryfem z Wejherowa mieliśmy się przekonać jak zachowa się zespół po dymisji Igora Gołaszewskiego. Czy zagra dla Wojciecha Szymanka, wreszcie czy zagra dla własnej ambicji i godności. Jeśli ktoś wierzył w przebudzenie, to sam przebudził się w piękne niedzielne popołudnie z ręką głęboko zanurzona w nocniku.

Wojciech Szymanek

Wojciech Szymanek (fot. Tadeusz Robaszyński-Janiec)

Na „dzień dobry” zdziwił nas i dał mocno do myślenia skład wyjściowy. Pochwaliliśmy za grę lepszą od pozostałych kilku graczy z meczu w Bełchatowie, więc nie zobaczyliśmy ich dziś w wyjściówce. Z tych, których można było w tamtym meczu oglądać bez abominacji uchowali się tylko Grzegorz Wojdyga i Fabian Pawela. Reszta tych waleczniejszych zaległa na ławie. Uprzedzając fakty – za dzisiejszy mecz nikogo nie pochwalę (poza tym nie ma za co!), więc nie zepchnę tym samym nikogo z boiska.

A miało być tak pięknie… Już w pierwszej minucie nie oglądany ostatnio Daniel Gołębiewski próbował zaskoczyć bramkarza Gryfa. Spokojnie – obok. Chociaż, żeby oddać sprawiedliwość, trzeba powiedzieć, że w odróżnieniu od poprzednich gier, nasi rozpoczęli ze sporym animuszem i nawet próbowali sporo strzelać. Strzały te lądowały jednak na obrońcach lub leciały poza światłem bramki, ale coś się działo. Oczywiście z gry raczej nic Kaszubom nie groziło, natomiast liczne rzuty wolne bite przez Mateusza Marczaka wprowadzały w szeregach gości spore zamieszanie. Zwykle wyskakiwał do nich Daniel Choroś i to on strzelił ładną bramkę po bodajże 7 lub 8 wrzutce. Wow!!! Nie musieliśmy gonić wyniku.

Sytuacja wróciła jednak natychmiast do normy, bo po niecałej minucie gry. Wolny dla gości i nasza obrona zastrajkowała. W całości. W Wejherowie też mają jednego Marczaka i to on został naszym katem. Jak widać nasza drużyna brzydzi się prowadzeniem. Tej jednej bramki było chyba za mało, bo wspaniali defensorzy wyczarowali wolnego bezpośrednio sprzed linii pola karnego na wprost bramki. Strzelał człowiek, który dośrodkowywał przy golu, Piotr Łysiak i minimalnie się pomylił. W 43 minucie mogło się nie udać i o mały włos znowu nie wyszliśmy na prowadzenie. Mający dziś chyba największą ochotę na grę, Pawela, zacentrował w poprzek pola karnego i piłka przeleciała przez nogi naszych trzech kolejnych zawodników. Żaden w nią nie trafił. Można się zastanawiać po co marnowali siły i w ogóle biegli w stronę wrogiej bramki?

A co robią niewykorzystane sytuacje? Oczywiście się mszczą! I na nas się zemściły jeszcze w I połowie. Nasza szóstka graczy defensywnych była już myślami w szatni, toteż przed Mateusza Tobjasza wybiegło sobie swobodnie trzech napastników gości. Po naradzie (a czasu mieli sporo) kto i gdzie ma strzelać, zrobił to w końcu Krzysztof Wicki i goście poszli na przerwę w znacznie lepszych humorach.

Jeden z kolegów szyderczo przewidywał, że jest dobrze, bo będziemy robić to co uwielbiamy, czyli gonić wynik, że około 70 minuty wejdą ci odsunięci, a więc Krystian Pieczara, Mariusz Wierzbowski, Cezary Sauczek i Piotr Kosiorowski i szybko walną na 4:2 dla nas. Tymczasem od początku pojawił się Krystian, zastępując niewyraźnego Marcina Kluskę.

Obraz gry uległ teraz zdecydowanej zmianie. Gdyby nie tablica wyników, to wszyscy by myśleli, że to my prowadzimy i to przynajmniej różnicą dwóch bramek, bo inicjatywę zdecydowanie przejęli przyjezdni i to oni co chwilę stwarzali zagrożenie pod naszą bramką. Wydawało się jednak, że uznają oni, że nadużywanie gościnności specjalnie eleganckie nie jest bo, mimo doskonałych okazji, nie zmienili wyniku do 65 minuty. Zwłaszcza dotyczyło to 61 minuty, w której ich napastnik nie ulokował w sieci piłki z jakichś 4 metrów mimo że nikt mu nie przeszkadzał. I co, niewykorzystane sytuacje… itd.?

Bazyli Kokot

Bazyli Kokot (fot. Tadeusz Robaszyński-Janiec)

Nie w przypadku Gryfa! Przy bezrefleksyjnej postawie naszej obrony w komplecie ich strzał otarł się jeszcze chyba o Bazylego Kokota i wpadł do bramki. To nie koniec, bo w niecałe dwie minuty później obowiązkiem gości było zaliczenie czwartego trafienia. Jednak Gryf też do kozaków nie należy, więc nie skorzystali z wyjątkowej okazji aby nam zafundować nawet dwucyfrówkę. Oni jakoś bardziej jednak chcą się obronić przed degradacją, bo jakby mocniej im zależało na uzyskaniu znakomitego wyniku.

A my? Dostaliśmy nawet karnego od dobrze sędziującego ten mecz Jacka Lisa ze Śląska.

Ale tego karnego trzeba jeszcze strzelić, a dziś ponownie tego zrobić nie umieliśmy. Tym razem akurat popadło na mającego spore chęci do gry Krystiana. Słupek i po balu. Nasi jeszcze czegoś w końcówce próbowali, bo goście już tylko się bronili, jednak ani Fabian, ani Krystian nie odnieśli sukcesu.

Skończyło się więc 1:3 i trzeba twardo stwierdzić, że znaleźliśmy się w… A wstawcie sobie co chcecie, ale na pewno w bardzo nieprzyjemnym położeniu. Prawdę mówiąc jesteśmy na dzień dzisiejszy najgorszą drużyną w tej lidze i mamy w niej najmniej punktów i najmniej zwycięstw. Niech nas nie myli przypadkiem casus Polonii Bytom – im odjęto w tym sezonie 8 punków, a maja tylko 3 straty!

Co dalej? Nie chcę robić tu za biblijnego Jonasza, a łatwi przeciwnicy nam się w zasadzie już skończyli. Teraz czekają nas mecze z tym przeważnie mocniejszymi (o co nietrudno!), w tym przeważnie na wyjazdach. Skoro nie potrafimy dać rady takim gigantom jak Polonia, Gryf , Warta, Olimpia itp., to mamy wierzyć, że rozwalimy Raków, Radomiaka, Puszczę czy Siarkę. Jasne, można, tyle, że nie z taka grą. A drużyna wygląda na zupełnie rozregulowaną. Będę naszym kibicował i trzymał za nich kciuki do ostatniego w lidze gwizdka, jednak od zaciskania kciuków punktów nam nie przybędzie. Musi temu towarzyszyć zupełnie inna jakościowo gra.

Oceny. Sam nie wiem, czy mają dziś sens.

Tobjasz – pozostawiony dziś sam sobie, praktycznie bez wsparcia obrony. Wpuścił tylko 3. Mógł o kilka więcej.

Obrona. Sorry, w całości „do bani”. Błysk Daniela i gol oraz dwa rajdy Grzesia plus karny na Marcinie Bochenku, to za mało żeby zamaskować kompletna degrengoladę tej formacji w dniu dzisiejszym. Nie było dziś Piotra Petasza i Rafała Zembrowskiego. Fakt, mieli wpadki w Bełchatowie, ale z nimi ta obrona jednak funkcjonowała.

Środkowi pomocnicy to dziś (i nie tylko) to porażka. Nawet waleczny zwykle Donatas Nakrošius nic dzisiaj drużynie nie dał.

Z przodu. Żwawsi od pozostałych Krystian i Fabian. Sporo błędów także w ich grze, ale chociaż grali. Można jeszcze dodać kilka wrzutek Marczaka. Koniec. Plus dramatyczne rzuty rożne – po jednym z nich padła trzecia bramka.

Niektórych nie wymieniam nawet z nazwiska, bo po co się pastwić?

Co dalej? Już wyżej napisałem, nic optymistycznego. Może jednak chłopaki się przebudzą, bo nie chcę dopuszczać do siebie myśli, że zwyczajnie są za słabi na ogony II ligi. A dziś mieli nawet pogodę w typie cypryjskim. Wszystko to było za mało…