W ostatniej kolejce rundy jesiennej przyszło nam zagrać na wyjeździe z liderem tabeli. No dobrze, potencjalnym liderem, bo przed meczem Raków miał punkcik straty do opolskiej Odry. Gospodarze szansę na mistrzostwo jesieni wykorzystali perfekcyjnie.

Piotr Petasz

Piotr Petasz (fot. Kwikster)

Pojechaliśmy do Częstochowy z planem wywiezienie co najmniej jednego punktu. Tak wynikało ze złożonej deklaracji Igora Gołaszewskiego, że w ostatnich czterech grach zdobędziemy 10 punktów (pozostają jeszcze mecze awansem zaliczane do wiosny w Bytomiu i Odrą u nas). A 10 punktów oznacza 3 wygrane i remis. Można się domyślać, że ten remis miał paść właśnie w meczu z Rakowem, bo trzeba było być niepoprawnym optymistą żeby uważać, że Raków, po 9 wygranych i 7 remisach, pozwoli się ograć właśnie nam i to w opisanej wyżej sytuacji.

Kiedy nasza ekipa pojawiła się na płycie stadionu mieliśmy problem z rozrysowaniem ustawienia. Chodziło o linię obrony – kto grał na skrzydle, kto w środku, a kto jako defensywny pomocnik. Nam się wydawało, że ustawienie było Grzegorz Wojdyga na jednym boku, a na drugim… no właśnie. Przemek Szabat, Bazyli Kokot, Piotr Petasz?

Czy Donek Nakrošius grał jako stoper czy raczej jako defmid? Zamieniali się panowie miejscami i dosyć trudno było odgadnąć. Po meczu Donek wyjaśnił nam, że środek to Bazyli i Piotr, a on jednak w pomocy.

Mimo tych wątpliwości mogło się wydawać, że nie stoimy na zupełnie straconej pozycji. Nawet pierwsi mieliśmy okazję do zdobycia bramki. Stało się jednak inaczej. Najpierw sędzia pozwolił miejscowym na wznowienie gry rzutem rożnym kiedy opatrywany poza boiskiem Donek nie zdążył dobiec do pola karnego i zająć pozycji, a strzelec gola miał być przez niego właśnie kryty. Kilka minut później gracz Rakowa popisał się fantastycznym uderzeniem, przy którym Dominik Pusek nie miał nic do powiedzenia. Było więc już 2:0, a tu nagle, chyba minutę lub dwie po utracie bramki, w polu karnym Rakowa trochę się zakotłowało i sędzia wskazał na „jedenastkę”. Krystian Pieczara strzelił jak należy i mieliśmy bramkę kontaktową. Do końca tej części gry walka była bardzo wyrównana i wcale nie byliśmy gorsi, a także niewiele brakowało do wyrównania stanu meczu. Tak się jednak nie stało i na przerwę schodziliśmy z saldem -1.

Po przerwie sytuacja mocno się zmieniła. Gospodarze dosyć mocno nas pocisnęli i cichutko powiedziałem do redakcyjnych kolegów, że aby myśleć o korzystnym wyniku musimy przetrwać choćby napór pierwszych pięciu minut tej części gry. Nie udało się. Bramka wpadła znowu po rzucie rożnym, a strzelcem był, podobnie jak pierwszej, jeden z grających w Częstochowie Czechów. I wtedy się posypało. Nasi zgubili koncepcję gry, obrona nie mogła się dobrze uformować, atak przestał istnieć, a gracze Rakowa coraz śmielej hasali po naszych skrzydłach stwarzając kolejne groźne sytuacje. Dotyczyło to naszej prawej flanki, na której z prędkością pendolino funkcjonował były gracz Podbeskidzia Piotr Malinowski. Człowiek absolutnie w tym meczu nie do zatrzymania. Kiedy dodamy do jego osoby takich graczy jak Adam Czerkas, Przemysław Oziębała, Tomáš Petrášek czy nasz Filip Kowalczyk, przekonamy się, że gospodarze dysponowali potężniejszymi atutami w tym meczu.

Udało się już więcej bramek nie stracić, co trochę rozczarowało kilkuset osobową widownię. Brak pogromu wynagrodziła im radość z przodownictwa w tabeli. Jak patrzyłem na grę Rakowa, to myślę, że musiał by się przydarzyć jakiś kataklizm aby nie osiągnęli oni awansu do I ligi. Problem może być w ich przypadku stadion, bez podgrzewanej płyty, bez oświetlenia, bez krytych trybun. Podobno miasto funkcjonuje trochę jak u nas, czyli specjalnie zainteresowane pomocą dla klubu nie jest.

Pisząc o tym meczu chciałbym wspomnieć bardzo dobrą pracę sędziów. Trochę się dziwiliśmy, że wyznaczono komplet sędziowski z tego samego regionu, ale panom arbitrom niczego zarzucić się nie da. Sytuacja ze wznowieniem gry bez ustawionego Donka przy pierwszej bramce jest dopuszczalna przepisami i nie wydaje mi się żeby była to celowa decyzja skierowana przeciwko naszej drużynie. Główny arbiter nie sypał kartkami, pokazując je tylko wtedy, kiedy było to niezbędne. Starał się być jak najmniej widocznym, a w przypadku sędziego jest to tylko komplementem.

Jak zagrali nasi zawodnicy. Powiedzmy otwarcie – na tle dobrze dysponowanych gospodarzy blado.

Dominik w bramce nie był przesadnie pewny. Tłumaczy go stan murawy, padający śnieg, no i rozkojarzona formacja obronna. Przy drugiej bramce nie miał żadnych szans, przy pozostałych? Uczciwie to dosyć trudno to z pozycji na trybunie ocenić, bo widoczność boiska jest tam bardzo słabiutka.

Obrona. Grzesio indywidualnie ok. Jego stroną tak poważnego zagrożenia nie było. Po drugiej stronie już tak dobrze nie było, tyle, że naprzeciwko grał ten doskonały tego dnia Malinowski. Środek słabszy. Petasz nie grał chyba na tej pozycji, a na dokładkę, on jeszcze nie osiągnął pełnej sprawności, Bazyl też nie wymiatał jak przeciwko Kotwicy i miał kilka obcinek. Faktem jest, że Czerkasa wyłączyli, ale uczciwie, to był on jednym ze słabszych w Rakowie i został w miarę szybko zmieniony.

Michał Oświęcimka

Michał Oświęcimka

Środek pomocy to Donek i Michał Oświęcimka. Obaj waleczni, starający się powstrzymywać falowy napór gospodarzy. Do nich chyba nie można mieć za wczoraj pretensji. Donek, pełniący wczoraj funkcję kapitana, przypłacił mecz ciętą raną głowy po jednym ze starć i po powrocie do Warszawy czekało go szycie.

O graczach odpowiedzialnych za grę z przodu niestety nie da się specjalnie dużo dobrego powiedzieć. Obrona Rakowa spokojnie sobie z naszymi atakami radziła. Konsekwentnie rozbijali nasze ataki, a już jak się ktoś przedarł, to brakowało tradycyjnie wykończenia. Mariusz Marczak nie umiał się odnaleźć, podobnie jak Marcin Kluska. Z wystawionych dwóch napastników nieco lepszy był Krystian. Do gry Fabiana Paweli jakoś osobiście przekonać się nie mogę.

No i znowu zawiśliśmy nad strefą spadkową. Pozornie kolejny mecz z Polonią Bytom powinien być łatwiejszy, ale przypomina mi się początek sezonu i sposób w jaki nas rozklepali, a dodatkowo wiemy jak gramy z czerwonymi latarniami. A na koniec Odra, drużyna która będzie do końca walczyć o wygranie tej ligi. Lekko się nie zapowiada. 10 punktów już wiemy, że nie zdobędziemy, ale obyśmy dali radę skompletować 9. Dwie wygrane dały by nam trochę oddechu przed przerwą zimową.
Trener potwierdził, że podda się ocenie i dyspozycji Zarządu klubu. Co się stanie zobaczymy.