Czekaliśmy na ten pierwszy mecz drżąc z niecierpliwości. Wreszcie jakaś prawdziwa piłka, z prawdziwymi przeciwnikami. Na „dzień dobry” los przydzielił nam za przeciwnika imienniczkę z Bytomia, Polonię.

Dotychczasowa historia spotkań z tą drużyną pokazywała bardzo pozytywną statystykę 9 (10) wygranych, 4 remisy i tylko 3 porażki. Mogło się wydawać, że biorąc pod uwagę powyższe oraz entuzjazm beniaminka grającego inauguracyjny mecz na własnym stadionie, mogliśmy się uważać za leciutkiego faworyta. I tak to początkowo wyglądało. Mecz na kolana nie powalał, ale nasi mieli przewagę, z której w prawdzie specjalnie dużo nie wynikało, tyle że nie można było dostrzec żadnego zagrożenia ze strony gości. Różnica polegała głównie na tym, że mniej było fauli a więcej gry technicznej, w związku z tym nasi gracze nie ujrzeli przez cały mecz żadnej żółtej kartki, które były naszą zmorą w III lidze. Do przerwy 0:0 i lekkie utyskiwania na niezbyt mocną i skuteczną ofensywę w przerwie meczu. Nastroje były jednak optymistyczne, bo to my mieliśmy przewagę i cisnęliśmy gości, a oni nam niczym nie odpowiadali.

Piotr Augustyniak

Piotr Augustyniak (fot. Robe)

Tymczasem po przerwie szybko niezły nastrój prysnął jak bańka mydlana. Dostaliśmy dwie potężne fangi w nos (w 47 i 51 minucie), obie w wykonaniu bardzo opanowanego i skutecznego Arkadiusza Kowalczyka, niestety obie po koszmarnych błędach naszych defensorów. Pozostało około 40 minut na odrabianie strat i naprawdę mocno wierzyliśmy w zryw naszych chłopców. Niestety bliżsi trzeciego gola byli piłkarze z Bytomia, którzy nie wykorzystali kolejnej szybkiej kontry w 54 minucie, a przy której dobrą obroną popisał się zupełnie zagubiony przy drugiej bramce Piotrek Augustyniak. Igor Gołaszewski próbował zmian i wykorzystał wszystkie cztery szanse. Wszystko na nic. Niestety przez cały mecz nie oddaliśmy ani jednego strzału, który zmusił by bramkarza gości do większego wysiłku. Słabość w ataku była mocno rzucająca się w oczy. Osamotniony Krystian Pieczara bardzo się starał, ale w konfrontacji z rosłymi obrońcami Bytomian niewiele mógł wskórać. Stałe fragmenty też przestały być naszą morderczą bronią. Jak to słusznie dostrzegł w jednym z felietonów Lugher (czasem bawiący się w grze na bramce, więc obznajmiony z grą na tej pozycji), nasze sukcesy i zdobycze z III ligi wynikały głównie z faktu umiejętności, a w zasadzie ich braku, grających na tamtym poziomie bramkarzy. Oni zupełnie się gubili przy wrzutkach, gdyż gra na przedpolu była im zupełnie obca. Tutaj na drodze do bramki stał już lepszy fachowiec, Adrian Olszewski, który na ławce zostawił dobrze znanego Matko Perdijicia, co samo w sobie jest już rekomendacją. Pan Adrian pewnie wyłapywał wszystko co leciało na jego przedpole bramkowe. I tyle. A z gry to my specjalnie groźni nie jesteśmy…

Tak więc mimo chęci nie stwarzaliśmy zagrożenia pod bramka gości, a oni grali bardzo spokojnie czekając na swoje okazje do wyprowadzenia kontry. I taką dostali, skrzętnie ją wykorzystując w ostatniej akcji meczu. Praktycznie identyczną sytuację wykorzystał tym razem Piotr Ceglarz, po kolejnym beztroskim podaniu naszego debiutanta Piotra Ćwika. Wznowienia gry już nie było i skończyło się na wyniku 0:3, co bardzo ucieszyło przyjezdnych i towarzyszących im kibiców z Bytomia, którzy, na marginesie, zachowali się dobrze prezentując oprawę upamiętniająca Powstanie Warszawskie. Takąż oprawę zaprezentowali także nasi kibice, oczywiście dużo okazalszą i barwniejszą, ale gościom nadal należą się słowa pochwały.

Co można napisać po tym meczu? Cóż, chyba tylko tyle, że zdobywać gole będzie nam w tej lidze jeszcze trudniej niż na wiosnę. Brakuje nam atutów w ofensywie, a osamotnionego Piecziego przeciwnicy będą izolować od sytuacji. Bardziej niepokoić może dzisiejsza beztroska w defensywie. Nasza formacja zagrała dziś słabo, dając czterokrotnie możliwość wychodzenia napastnikom przeciwników na sytuacje sam na sam, nadal nie niepokojąc przesadnie, szarżujących już na Mateusza Tobjasza gości (z wyjątkiem sytuacji skasowanej przez Augusta, który jednak zachowywał się, hmmm, dziwnie przy bramce nr 2). Pierwsza to była obcinka Marcina Bochenka, a druga i trzecia to efekt beztroskich zagrań Piotrka Ćwika. Szat bym nie rozdzierał, bo może nasi gracze byli speszeni sytuacją, stremowani, ustępując gościom doświadczeniem. Tradycyjnie pierwsze mecze sezonu nie są naszą domeną i ostatnio żeśmy je przegrywali. Mam nadzieję, że obrona się ogarnie, jednak nadal poddaję pod rozwagę naszym decydentom rozejrzenie się za solidnym graczem do ataku, bo bez zdobyczy bramkowych punktów w lidze nie będzie.

Michał Oświęcimka

Michał Oświęcimka

Pozytywem dzisiejszego meczu jest świetny debiut Michała Oświęcimki. On zagrał na bardzo wysokim poziomie i należą mu się wyrazy uznania, z życzeniami żeby tego poziomu nie obniżał. Nie miałbym też przesadnych uwag do Grzesia Wojdygi i Daniela Chorosia (tylko gdzie on był przy drugim golu?). Bochen ma minus za pierwszą bramkę, a August za drugą. Trzecia to już na konto Ćwika, mającego także swój wkład w bramkę drugą. Tobi bronił jak mógł.

Mariusz Marczak na swoim poziomie, który niestety w tej lidze już nie jest tak morderczo skuteczny. Marcin Kluska i Michał Zapaśnik specjalnie groźni dla przeciwników nie byli. Nie powalili też swoją grą zmiennicy: Fabian Pawela i Czarek Sauczek (obaj od 55 minuty), Mariusz Wierzbowski (od 72) i wprowadzony w 80, Mateusz Małek. Z wymienionych chyba najlepszy był Wierzba, ale partnerzy mu się nie pokazywali, nie dając szans na dobre dogrania, a słabszy był Mały, mający kilka zagrań mało przemyślanych.

Sędziowanie, z głównym Tomaszem Marciniakiem, bez zarzutu.

Ustalmy – pierwsze koty za płoty, lecz niech ten mecz będzie przestrogą, że to jednak już inny poziom i nic za darmo nie dostaniemy. Mądrzejsi będziemy nie szybciej niż po trzecim meczu.