Napiszę to od razu – gra Polonii w dniu dzisiejszym mi się nie podobała. W prawdzie mieliśmy zdecydowanie najmocniejszego na wiosnę przeciwnika, ale jednak. Cóż z tego skoro piękny koniec zwieńczył dzieło.

Drużyny Polonii i Świtu podobno mają w tym sezonie inne cele. My walczymy o awans, Świt deklaruje walkę o utrzymanie w lidze. Tymczasem to oni byli wyżej w tabeli, tymczasem to oni ograli nas w środę w pucharze. Ale dziś była niedziela, liga i Konwiktorska.

Skład podstawowy, czyli: Mateusz Tobjasz – Marcin Bochenek, Daniel Choroś, Piotr Augustyniak, Grzegorz Wojdyga – Michał Zapaśnik, Donatas Nakrošius, Piotr Kosiorowski, Mariusz Marczak – Bartosz Wiśniewski, Krystian Pieczara.

Na zmianach zobaczyliśmy jeszcze: Mateusza Małka (za Piecziego), Mariusza Wierzbowskiego (za Chorego) i Karola Woracha (za Zapasa).

Mateusz Tobjasz

Mateusz Tobjasz (fot. Robe)

Zaczęliśmy niezwykle nerwowo i mało składnie. Z wyraźną obawą przed przeciwnikiem. Mało brakowało a już w 7 minucie mogliśmy stracić bramkę. Goście bili rzut rożny i nagle padł strzał, już z pola bramkowego w jakiś magiczny sposób obroniony przez Tobiego. Mecz toczył się dalej przy lekkiej przewadze gości. Nasi sprawiali wrażenie wolniejszych, mało zdecydowanych, jakichś przytłumionych. Sytuacja uległa zmianie dopiero w 22 minucie, kiedy poszła kontra lewym skrzydłem i Wiśnia cudownie wyłożył piłkę Zapasowi chyba na jakimś 5-6 metrze od bramki. Strzał w bramkarza, a przebitka nad poprzeczką. Teraz to Polonia atakowała i pod bramka Świtu doszło do kilku spięć. Bez rezultatu, a w piłce niewykorzystane sytuacje lubią się mścić. Po kolejnym naszym bezskutecznym ataku goście ruszyli z szybką kontrą, nagle było ich 4 na naszych dwóch, wreszcie Patryk Koziara (nasz niedoszły zawodnik), dostał piłkę na sam na sam i pewnie strzelił obok bezradnego Tobiego. W gruncie rzeczy ich przewaga trwała aż do przerwy, choć gra też nie powalała.

Po przerwie nasi próbowali zaatakować. Problem polegał na tym, że strzały fruwały obok słupków, a zwłaszcza nad poprzeczką. Poważnie zagrożony był czający się za bramka Świtu nasz fotopstryk Robe! Sytuacja zmieniła się w 58 minucie, kiedy po kolejnym faulu, tym razem na Manolo, drugą żółtą obejrzał Konrad Karaszewski i mieliśmy ponad pół godziny o jednego więcej. Owszem nasi wzmocnili tempo, owszem zaczęli grać ostrzej i bardziej zdecydowanie, tylko, że praktycznie nic nie leciało w światło bramki. Zdałem sobie sprawę, że w I połowie w światło poleciały tylko dwa niezbyt groźne strzały, a w II, do 60 minuty – nic! Pierwszy strzał, a w zasadzie podanie do bramkarza, miał miejsce dopiero w 67 minucie. Mimo sporej przewagi, nie mieliśmy przy tym specjalnego pożytku z bocznych obrońców, mało wyrazistych i tracących (zwłaszcza Bochen) multum piłek.

Donatas Nakrošius

Donatas
Nakrošius (fot. Robe)

I nagle… po którymś z rzędu rogu, w 74 minucie, do dośrodkowania Manola skoczył Grzesio i wpakował piłkę ładnym strzałem do sieci. 1:1 wyglądało już lepiej. Linie defensywne nadal grały słabo, do cienkiego poziomu dopasował się też Donek, dziś zupełnie inny człowiek niż w poprzednich meczach. Grzesio tymczasem mógł zostać absolutnym bohaterem. W 83 minucie miał dwie okazje, najpierw głową, a tuż po chwili nogą… i znowu za wysoko.

Wtedy zaciął się zegar i nawet nie było wiadomo ile czasu zostało do końca meczu. Wreszcie na tablicy pokazała się liczba 90, a stadion oszalał! W zamieszaniu na polu karnym Świtu piłka spadła na nogę Wierzby, który pięknym lobikiem strzelił ja do bramki załamanego Świtu. Sędzia pozwolił jeszcze wznowić grę ze środka, lecz natychmiast po tym odgwizdał koniec meczu.

Publika zdumiona i szczęśliwa takim finałem. Na tę wygraną już w zasadzie nikt nie liczył. Jednak, jak się później dowiedzieliśmy, sztab trenerski na odprawie w połowie meczu zwrócił zawodnikom uwagę, że gra się do końca, że nie ma przegranej przed ostatnim gwizdkiem, że przykładem powinien tu być Liverpool, który podniósł się w samym końcu w pozornie beznadziejnej sytuacji w meczu z BVB. Szczęśliwie zawodnicy uważnie słuchali swoich mentorów!

I to jest sztuka – wygrać naprzeciw wszystkiemu, po przeciętnej, niewyraźnej grze, na dokładkę z poważnym przeciwnikiem. To się liczy. Może taki obrót spraw spowoduje pewniejszą grę naszych chłopaków w kolejnych meczach?

Mariusz Wierzbowski

Mariusz Wierzbowski (fot. Luk)

Mam oceniać? Może lepiej nie?…

  • Tobi – trudno wymagać aby bronił w sytuacji kiedy wbiega na niego kilku napastników. W 7 minucie majstersztyk, czyli on na plus.
  • O obronie już słów kilka było powyżej, może poza Augustem, mówiąc delikatnie – nie błyszczeli. Grzesio się zrehabilitował bramką. Do tej formacji zaliczę też Donka, bo o jego poczynaniach w konstrukcji gry lepiej nic nie pisać.
  • Z przodu. Manolo, w przekroju całego meczu chyba najlepszy. Biegał po całym boisku, stałe fragmenty to właśnie on, a wszak obie bramki były po stałych fragmentach. Na marginesie – nic nie strzelamy z akcji! Ten element pilnie do poprawy! Reszta walczyła. Już mi się nie do końca chce co tydzień powtarzać te same opinie. Walka to nie wszystko, ona musi być jeszcze prowadzona z głową. Tymczasem zagrożenie fundujemy przeciwnikom po wolnych i rożnych. Panowie strzelajcie! I na Boga, niżej, bo 90% leci powyżej poprzeczki.
  • Zmiennicy nieźle, a najlepiej Wierzba (ta bramka!). Trener pytany dlaczego nie daje im więcej czasu, odpowiedział, że jednak nie mają jeszcze „pary” na pełne mecze, co było widać w tygodniu w Nowym Dworze. Kiedy wchodzą w II połowie, na podmęczonych już przeciwników, maja większe pole do popisu. Worry wszedł za Chorego, zdjętego z boiska po urazie po starciu z przeciwnikiem. Chory przejdzie badania, bo jest to wtórny uraz klatki piersiowej złapanym w jednym z poprzednich meczów. Oby nic poważnego.

Sędziowanie. Obserwowany przeze mnie sędzia Michał Grocki. Nie widziałem dziś żadnych pomyłek, ani jego, ani jego pomocników. Pełny obiektywizm i dobra ocena sytuacji boiskowych.

Następny mecz w Kozienicach. Z Energią, która nas niemiło zaskoczyła na jesieni. Domagam się srogiego rewanżu!