Wczorajszy przeciwnik jawił się jako rywal poważniejszy od Sokoła Ostróda z poprzedniej kolejki. Była to bowiem depcząca nam po piętach Victoria Sulejówek, drużyna naszpikowana naszymi niedawnymi zawodnikami, że wymienię choćby Dominika Puska czy Mariusza Wierzbowskiego. Boisko pokazało, że nie taki diabeł straszny. Chociaż… 

Do składu powrócili ostatnio nie oglądani Marcin Kluska, Mariusz Marczak oraz Piotr Maślanka, choć ten ostatni boiska nie obejrzał. Nasi zaczęli z dużym animuszem i bramka mogła paść już w 4 minucie po składnej akcji Marcina Bochenka z Bartkiem Wiśniewskim, zakończonej strzałem obronionym przez bramkarza przyjezdnych. Niestety w 10 minucie okazało się, że Victoria jest bardzo groźna przy stałych fragmentach gry. Ich dwóch „wieżowców” siało w tych sytuacjach istny popłoch w naszych szykach obronnych. Gdy dodamy do tego niezbyt pewne interwencje Mateusza Tobjasza, to już wiemy – stało się, goście niespodziewanie objęli prowadzenie po strzale Wojciecha Gorczycy.

Na szczęście nasi grali swoje, a to im ostatnio dobrze wychodzi. I tak też było tym razem. 16 minuta to pokazowa akcja naszej drużyny. Grzegorz Wojdyga podaje mocno na wolne pole po skrzydle, za piłką rusza w ekspresowym tempie Cezary Sauczek, centruje bez przyjęcia a przed bramką sytuację wykorzystuje bezbłędnie Krystian Pieczara. Po sześciu minutach było już 2:1. Znowu dynamiczny rajd Sauczka i kolejna doskonała wrzutka zakończona potężną bombą pod poprzeczkę wszędobylskiego Mateusza Małka. Powiem od razu – to co wczoraj zaprezentował „Mati”, to był koncert. Aktywność poparta niesamowitym przeglądem pola, doskonały odbiór, a później bardzo dobre rozegranie i ciągłe zagrożenie przedpola bramki przeciwników. Nasi nadal utrzymywali wyraźną przewagę, choć przeszkadzał im w tym sędzia z Łodzi, pan Cezary Białek. Nie wiem kim jest prywatnie, ale zachowywał się po aptekarsku, zupełnie jakby sędziował w meczu bezkontaktowej koszykówki. Wystarczyło się w sytuacji stykowej przewrócić żeby dostać w prezencie rzut wolny. Goście chętniej z tych darów korzystali (wiadomo, mieli po nich te groźne rzuty wolne bite na strzelca ich bramki), więc chwilami mogło się wydawać, że to im arbiter sprzyja. Jednak z upływem czasu okazało się, że on po prostu przyjął niski próg oceny gry kontaktowej i przeszkadzał obu drużynom. Publiczności się to nie podobało i nasz spiker musiał wzywać trybuny aby zachowały umiar w „protestach” przeciwko jego decyzjom.

Po przerwie sytuacja nie uległa zmianie. Stroną aktywną nadal byli nasi, choć goście próbowali się odgryzać. Z pewnością grę uspokoił by kolejny nasz gol i o tym samym pomyśleli chyba piłkarze, bo w 61 minucie tą bramkę dołożyli. Po rogu bitym przez Bartka Wiśniewskiego w polu karnym Victorii doszło do sporego zamieszania i wpadło. Początkowo z trybuny wyglądało to na kolejne trafienie Krystiana, ale okazało się, że niefortunnym strzelcem okazał się znany nam dobrze z gry w Polonii Sebastian Pindor.

I w zasadzie w tym momencie można by relację z meczu zakończyć. Goście przestali chyba wierzyć, że coś ugrają, nasi już tylko pilnowali wyniku, poszły liczne zmiany, a boisko opuścili liderzy w tym meczu, a więc Małek, Sauczek, Pieczara oraz Kluska. Gra siadła. Zmiennicy nic wielkiego nie demonstrowali, a goście, zachęceni tym, skorzystali z okazji i nawet strzelili drugą bramkę. Na szczęście dopiero w 88 minucie i na więcej im pary nie starczyło. Nazwijmy postawę naszych zawodników ekonomiczna grą i oszczędzaniem sił na kolejne mecze. Wygrana 3:2 nadal jest wygraną. Mogą nas cieszyć postępy w grze ofensywnej, łatwość w kreowaniu dobrych sytuacji, ale przede wszystkim skuteczne ich wykorzystywanie, gdyż gości przed wyższą przegraną uchronił dobrze spisujący się na bramce Pusek.

O sędziowaniu już pisałem, mnie ono nie przekonywało. Daniel Choroś i Bartek Wiśniewski zarobili kartki i chyba słusznie, choć dostali je nie w tych momentach kiedy powinni. To czego się mogliśmy obawiać, to zagrożenie otrzymaniem przez nich drugiego „żółtka”, ale na szczęście do tego nie doszło.

A gracze? Tu oceny będą zróżnicowane.

„Toby” w bramce nie ustrzegł się kilku błędów. Trochę mało zdecydowanie wychodził do dośrodkowań – i stąd pierwsza bramka. Średnio.

Obrona. Skrzydła przyzwoicie, choć ani Grzesio, ani Marcin Bochenek nie błyszczeli tak jak w meczu z Lechią. To samo w centrum defensywy. Daniel trochę elektryczny w interwencjach, Rafał Zembrowski może spokojniejszy. W końcówce kilka razy poszedł do przodu i nawet miał szansę na zdobycie bramki z dobitki po strzale Patryka Zycha, ale się nie udało za sprawą wspominanego już wyżej Puska.

Wyżej Marcin Gawron i Bartek Wiśniewski. Ten pierwszy bez fajerwerków, ale swoja robotę wykonywał. Bartek aktywny w grze, z kilkoma niezłymi akcjami, ale naprawdę mało mu brakowało do wypadnięcia z gry, zwłaszcza przy tym sędziowaniu. Skrzydła to była dziś nasza główna broń i chwała. Świetni Mati i Czarek. Ten drugi zdążył już nas do swojej gry w ostatnim czasie przyzwyczaić, tymczasem Małek zagrał wczoraj zdecydowanie najlepszy mecz w barwach Polonii. Zaimponował mi na tyle, że nie waham się mianować go man of the day! Marcin Kluska jak to on – akcje lepsze i mniej udane, czyli w normie. Krystian – tu wszystko jasne, bramki trzeba strzelać i on się z tego wywiązuje bez zarzutu!

Zmiany. Mariusz Marczak, w cieniu Małka, Patryk Zych takoż w porównaniu z Sauczkiem. On jakoś nie może mnie przekonać do swojej gry. Mam nadzieję, że nagle eksploduje jak choćby „Mały”. Wczoraj oddał jeden soczysty strzał, ale sporo zmarnował. Na ostatni kwadrans weszli jeszcze Michał Oświęcimka i Tomek Chałas, ale przy miernej grze naszej drużyny w tej fazie meczu niczym nie błysnęli.

Ogólnie określił bym grę naszej ekipy na jakieś 3+ w skali ocen szkolnych, z wyraźnym podwyższeniem tych not dla trzech muszkieterów w osobach Krystiana, Czarka i zwłaszcza Matiego.

Myślę, że chyba jest z naszą gra dobrze skoro marudzę po wygranym meczu. Ale pragnę, i chyba wszyscy inni też, podziwiać naszą grę z pierwszych 60 minut meczu, a nie z ostatnich 30. Bez paniki, osiągnęliśmy dobry poziom (chwała Ci trenerze!) i wierzę, że go utrzymamy do końca sezonu, a wtedy… Popatrzcie co rozbita w drobny mak przez nas Lechia zrobiła wczoraj Sokołowi – to daje do myślenia.

Share