Po serii dobrych występów w rundzie wiosennej i korzystając z pięknej pogody spora rzesza kibiców „Czarnych Koszul” pojawiła się dziś przy Konwiktorskiej. W gościnę przyjechał łowicki Pelikan, drużyna niezbyt przez nas lubiana, gdyż zawsze sprawiająca kłopoty. Nikt nie brał jednak pod uwagę wyniku innego niż kolejna wygrana.

Można powiedzieć, że sygnał ostrzegawczy pojawił się w środku tygodnia w meczu Pucharu Polski z rezerwami Pogoni Siedlce, ale wygodnym tłumaczeniem było, że oni zagrali zawodnikami pierwszego składu, podczas gdy my ten mecz zupełnie odpuściliśmy, skupiając wszystkie siły na lidze. Tymczasem Pelikan, drużyna o niezwykle krótkiej ławce, włożyła masę wysiłku rzucając w Pucharze wszystkie siły do boju. Nikt nawet przez chwilę nie pomyślał o wczorajszym meczu pomiędzy faworyzowanym Lechem i Koroną, która też pojechała do Poznania w rezerwowym zestawieniu, miała nic nie grać, bo przecież w środku tygodnia czeka ich jakże ważny mecz z Arką. A tu bęc… Ok, Lech taaak, ale nam się to nie przydarzy!

I zaczęła się gra. Wszystko się zgadzało, przez pierwsze dwadzieścia minut gra toczyła się praktycznie na przedpolu bramki Pelikana. Pierwszą szansę miał już w pierwszej minucie Bartek Wiśniewski, ale ją zmarnował, niestety nie ostatni raz w tym meczu. Choćby 2 minuty później , po otrzymaniu świetnego podania od Cezarego Sauczka. Nasi byli nieskuteczni, jednak permanentny napór na bramkę rywali musiał przynieść efekty! Dużą chęć do gry przejawiali Mariusz Marczak, Marcin Kluska i wspomniany wcześniej Czarek.

Otrzeźwienie przyszło w 22 minucie. Gościom udało się po raz pierwszy wyrwać spod własnej bramki, przeprowadzili składny kontratak, tym składniejszy, że nasi obrońcy zachowali się w tej sytuacji zupełnie pasywnie i po kilku szybkich podaniach strzelili swojego pierwszego gola. Konsternacja. Ale spokojnie, to nie poprzednie sezony, wszyscy wiedzieli, że teraz nasi, podrażnieni tym golem ruszą do frontalnego ataku. Tak sobie myśleli aż przez niecałe 6 minut, bo wtedy przy znowu absolutnie biernym zachowaniu naszej defensywy jeden z zawodników gości zwyczajnie wturlał piłkę do naszej bramki. Tak, wturlał, bo strzałem trudno to było nazwać!

Polonia starała się atakować i przyniosło to efekt w 38 minucie. Do odbitej po kolejnym strzale w tłum obrońców z Łowicza piłki dopadł Kluska i potężnym strzałem wpakował ją do bramki rywali. Nasi próbowali doprowadzić do wyrównania jeszcze w tej części gry, ale się to niestety nie udało.

Udało się natomiast zaraz po wznowieniu gry. Znowu mieliśmy oblężenie bramki Pelikana, róg, a po nim strzał i natychmiastową dobitkę walecznego Sauczka. Tak więc po minucie drugiej części gry wynik był sprawą otwartą. Stadion odetchnął, a na bramkę Pelikana sunął atak za atakiem. Po kolejnych 10 minutach wszystko się skończyło. Gościom wreszcie udało się wydostać na naszą połowę, a centrowaną w pole karne piłkę odbił ręką któryś z naszych obrońców. Karny, pewny strzał i 2:3. A trzy minuty potem było już po balu. Obrońcy znowu przyglądali się z umiarkowanym zainteresowaniem poczynaniom rywali pod nasza bramką, co przyjezdni skrzętnie wykorzystali strzelając na 2:4.

I w zasadzie relację można w tym momencie zakończyć, gdyż nasza gra zupełnie się posypała, zmiany nic specjalnego nie wnosiły, a goście zajęci byli pilnowaniem korzystnego wyniku. Z tego też powodu ów wynik nie uległ już zmianie. I w tym momencie w sumie skończyły się chyba nasze marzenia o ewentualnym awansie. Nie grający niczego nadzwyczajnego, ale zwyczajnie solidny Pelikan boleśnie obnażył naszą mizerie w grze. Bo z żalem trzeba stwierdzić, że dziś zawiodło prawie wszystko. Nie możemy nawet zwalić odpowiedzialności za porażkę na sędziowanie, bo zestaw sędziowski z Podlasia, z głównym , panem Konradem Lewończukiem, nie dał do tego żadnych podstaw sędziując co najmniej poprawnie.

Wygląda na to, że nasze dotychczasowe sukcesy mogły wynikać ze słabości przeciwników, że w momencie starcia z lepiej ułożoną ekipą sił i umiejętności już nie starczyło. Obym się mylił i oby byłby to tzw. Wypadek przy pracy. To da się szybko zweryfikować, bo przed nami szybciutko zaległość z Huraganem i starcie wagi ciężkiej z wygrywającym dziś pewnie w Ełku Sokołem na ich terenie. Nie jest to łatwy zestaw gier.
To popatrzmy na poszczególnych graczy.

Janek Balawejder w bramce został dzisiaj pozostawiony praktycznie bez osłony i wsparcia. Nie wydaje mi się aby za którąś z bramek można go było obciążyć odpowiedzialnością. Z drugiej strony wpuścił praktycznie wszystko co leciało do sieci, więc średnio.

Obrona. Jej środek w osobach Przemka Szabata i Daniela Chorosia, to dziś raczej dramat. Posadzili kilka błędów, a goście nadspodziewanie skutecznie je wykorzystali. Skrzydłowi chyba odrobinę lepiej, z uwzględnieniem Marcina Bochenka, bardzo aktywnego zwłaszcza w II połowie w ofensywie.

Pomoc. Marcin Gawron przeplatał lepsze zagrania ważącymi stratami – na minus. Lepiej Kluska i Marczak, jednak przy mizernej skuteczności pod bramka rywali. No wreszcie Marcin bramkę ustrzelił i może za to mały plusik.

Skrzydłowi. Wiśniewski chciał grać, ale jego rozkojarzenie i brak koncentracji w decydujących sytuacjach były irytujące. Sam mógł (i powinien) strzelić dziś nie mniej niż trzy bramki, a niczego nie trafił. Sauczek bardziej wyrazisty, bardziej inwentyczny. Strzelił też gola. Też na niewielki plusik.

Zupełnie zawiódł mnie dziś Krystian Pieczara. Mało widoczny, schowany za obrońcami, którzy go dosyć ściśle pilnowali. Z ogromną tendencją do pozostawania na pozycji spalonej. Łapany tam permanentnie lub sygnalizujący podniesieniem rąk, że nie bierze udziału w akcji. Nic dziś nie wykreował. Niestety na minus.

Zmiennicy, Tomek Chałas, Sebastian Olczak i Patryk Zych też niczym nie błysnęli. Patryk sprawiał wrażenie, że boi się oddać strzał, a nie powinien.

Nasi gracze sprawiają wrażenie, że chcą z piłką wjeżdżać do bramki rywali, dążą do strzałów z bezpośredniego dystansu przy polu bramkowym. Gęsta obrona zwykle im to uniemożliwia. Tymczasem trudno jest zrozumieć niechęć do mocnych uderzeń z dystansu. Dziś obie bramki padły z takich sytuacji. Chyba to widać, że w naszej lidze na bramce nie stoją zawodnicy klasy Wojtka Szczęsnego czy Łukasza Fabiańskiego lecz gracze o przeciętnych umiejętnościach, którym wystarczy dawać szanse do popełniania błędów. Brak strzałów czyni z nich zwycięzców! Toteż jeśli mogę coś na koniec zasugerować, to panowie – więcej odwagi, lepiej trzy razy spudłować, ale co czwarty raz strzelić gola niż piętnaście razy bezproduktywnie podawać w tłum obrońców.

I to tylko tyle i aż tyle. O dzisiejszym meczu trzeba jak najszybciej zapomnieć.

Share