Wreszcie odpalili!?

Lepszej okazji do przełamania złej passy poloniści w tej rundzie z pewnością już by nie mieli. Dzisiejszego wieczoru było wszystko to, co niezbędne do stworzenia piłkarskiego widowiska. 

105-lecie klubu, otwarte i dość obficie wypełnione obie trybuny, na których panowała wspaniała atmosfera, sędziowie którzy wreszcie nie skupili się na kartkowaniu polonistów, a obiektywnym gwizdaniu, a także przeciwnik wydający się być w jeszcze większym dołku. Nie pozostało nic innego niż wykorzystać sprzyjające okoliczności.

Marcin Kluska
Marcin Kluska (fot. Tadeusz Robaszyński Janiec)

Chciało by się rzec, że jak nie dziś to już chyba nigdy. No i chyba nikt w takim dniu, nie chciał by się żegnać z trenerem Igorem Gołaszewskim, który dopiero co zadeklarował co najmniej 10 punktów w najbliższych czterech meczach, lub oddanie się do dyspozycji Zarządu. Dzisiejsze spotkanie pozwoliło wyciągnąć wiele pozytywów, ale też pokazało, że jeszcze nie wszystko wróciło na właściwe tory. Zacznę od plusów, których moim zdaniem było dziś zdecydowanie więcej.

Wreszcie to my strzeliliśmy pierwszą bramkę. Co prawda przy obu golach pomogła nam nie do końca pewna w dniu dzisiejszym obrona Kotwicy, ale przecież futbol to gra błędów i ten kto potrafi je wykorzystać schodzi z boiska z tarczą. Dlatego tym bardziej brawa za zimną krew i pójście do końca dla Zapasa i Kluchy!

Kolejnym plusem, to bardzo pewna gra naszej obrony. Tu na mega wyróżnienie zasłużył Bazyli Kokot. Dziś niczym mur nie do przejścia. Czyścił wszystko, rywale dosłownie się od niego odbijali, a przy odrobinie szczęścia swój dzisiejszy występ mógł okrasić dwoma asystami, zabrakło trochę precyzji, ale mimo to zasłużył na miano zawodnika meczu. Trzymał wzorowo tyły, a wiadomo że tego zera z tyłu bardzo nam brakowało. Kroku bardzo pewnie dotrzymywał mu w dniu dzisiejszym Piotr Petasz. Na pewno nie jest aż tak ofensywnie usposobiony jak pauzujący dziś za kartki Grzegorz Wojdyga, ale z tyłu zrobił swoje. Do tego dołożył dwa groźne strzały z dystansu, a jego długie podania również zasługują na pochwały. Reszta defensorów dostosowała się do poziomu wyżej wspomnianych, co dla ambitnych gości z Kołobrzegu okazało się zasiekami nie do przejścia. W bramce tradycyjnie już bardzo pewny Dominik Pusek zrobił swoje.

W reszcie mogliśmy też zobaczyć skrzydłowych, którzy nie ograniczali się do holowania piłki do narożnika, by następnie posyłać ją ślepo w pole karne. Było więcej gry po ziemi, więcej prób gry kombinacyjnej i coś czego dawno nie widzieliśmy przy K6, próby szybkich kontrataków. Tu jeszcze trzeba popracować nad precyzją kluczowego podania wypuszczającego uciekającego napastnika do sytuacji sam na sam, ale już sam fakt, że takie próby wreszcie były należy odnotować i zdecydowanie pochwalić i liczyć na ich większą skuteczność w nadchodzących meczach z Rakowem i Odrą.

Ten „defensywny” środek pomocy dziś również chyba w optymalnym zestawieniu personalnym jak i w formie. Donek Nakrošius trzymał tyły, a Michał Oświęcimka do czego zdążył już przyzwyczaić był dziś wszędzie, gdzie być powinien. Oby tak dalej!

Do całkiem dobrej dyspozycji naszego zespołu dopasowali się w dniu dzisiejszym również arbitrzy, którzy nie dali żadnego argumentu, by po raz kolejny Igor Gołaszewski musiał na konferencji wskazywać ich nie raz kluczowe dla wcześniejszych meczów decyzje.

Mariusz Marczak
Mariusz Marczak (fot. Tadeusz Robaszyński Janiec)

Jeśli chodzi o dzisiejsze minusy, to nadal powinniśmy się martwić o naszą formację ofensywną i graczy którzy mieli kreować grę i wykańczać nasze ataki. Mariusz Marczak był dziś cieniem samego siebie. Jak słusznie zauważył jeden z kolegów na „prasówce” część z rzutów rożnych egzekwował dziś za niego Kluska, co wcześniej się raczej nie zdarzało. Do tego fizycznie i szybkościowo wyglądał dziś bardzo słabo, co również dostrzegł trener Gołaszewski, zmieniając go jako pierwszego. Z kolei Fabian Pawela już chyba dawno nie znalazł się w tak dogodnej okazji do zdobycia gola jak dziś. Minął bramkarza i w sytuacji sam na sam z wracającym do bramki obrońcą, składał się do strzału tak długo, że zamiast wywołać euforię na trybunach, dał sobie wybić piłkę, a na Muranowie dało się usłyszeć jeden wielki jęk rozczarowania.

Więcej grzechów nie pamiętam, lub tak długo wyczekiwane zwycięstwo mi je przysłoniło. Co dał nam dzisiejszy wynik? Na pewno drużyna poprawiła swoje i nasze morale. Na pewno wróci pewność siebie, wiara we własne możliwości. Na pewno w tej lidze można wygrać z każdym, ale i z każdym przegrać, więc nie można pozwolić sobie na chwile dekoncentracji. Na pewno cel postawiony przez Igora Gołaszewskiego jest realny i cieszy, że zarówno trener jak i piłkarze wierzą w jego osiągnięcie. Na pewno kibice pokazali, że są z drużyną na dobre i na złe. Cieszy również ucieczka ze strefy spadkowej, a najbliższe kolejki mogą sprawić, że nastroje przed zimą będą o wiele bardziej optymistyczne niż jeszcze przed dzisiejszym meczem. Co nam pozostaje? Uwierzyć ponownie w tą drużynę, bo pokazali, że potrafią, że mogą i dla wspólnego dobra trzymam kciuki za kolejne zdobycze punktowe, oby potwierdzili, że wreszcie odpalili!

PS. Zapomniał bym o jednej rzeczy, coś co w dniu dzisiejszym najbardziej mnie irytowało. Coś co zabiło piękno futbolu, coś co w tej wyjątkowej chwili, jaką jest możliwość spontanicznego celebrowania przez kibiców zdobytej bramki skutecznie to utrudniało. Nie wiem kto to wymyślił, nie wiem dlaczego i nie wiem po co puszcza tą przeklętą muzykę po zdobytym golu?! Jak można zagłuszać ryk trybun, ryk szczęścia, ryk euforii, ten najwspanialszy moment dla każdego będącego na meczu w tak idiotyczny sposób?! Mam nadzieję, że odpowiedzialne za ten stan rzeczy osoby szybko się opamiętają i zaprzestaną tego procederu. Może niech spróbują sięgnąć pamięcią wstecz, kiedy to właśnie zdobyte gole wywoływały największą wrzawę na trybunach i sprawiały że piłkarze czuli jeszcze większe wsparcie kibiców. W tej chwili słyszą tylko durną muzyczkę, a kibice którzy podrywali się po zdobytym golu, momentalnie cichli zagłuszeni przez stadionowe nagłośnienie.

Author: Luk

23 thoughts on “Wreszcie odpalili!?

    1. Kolega po prawej stronie ma napisane. W zakładce Kadra też jest. Trzy… każdy szanujący się kibic raczej nie powinien mieć problemu z zapamiętaniem tej prostej statystyki. Bramek nie strzeliliśmy tak dużo 😉

    1. nie przypominam sobie by kiedykolwiek po strzeleniu gola trybuny się u nas nie poderwały, dla mnie najpiękniejszym dźwiękiem po zdobytej bramce jest ryk trybun i te spontaniczne „PO-LO-NIA, PO-LO-NIA” ryczane przez cały stadion. nie przypominam sobie również bym gdziekolwiek indziej słyszał muzykę po golach, wręcz przeciwnie, nawet w relacjach telewizyjnych komentatorzy milkną, aby widzowie mogli się delektować dźwiękiem trybun po golu!

    2. Olo, z całym szacunkiem dla Twojego poglądu na debilną (moim zdaniem) muzyczkę – to jest jakiś chory zwyczaj, rodem z JuEsEj, po golu w hokeju (w soccerze, zapewne również). To nie ma nic wspólnego z naszą kulturą kibicowania, to nie ma nic wspólnego z naszą mentalnością i czyni z meczu piłkarskiego „łoł! tok szoł, jakiś głupek przed kamerą gacie zdjął!”.
      Może już jestem za stary, może się już nigdy nie przyzwyczaję do małpowania we wszystkim amerykańców, tak jak kiedyś ruskich (bo my, przecież musimy zawsze kogoś małpować). Niestety, jak słyszę zdziwionego lub zaskoczonego lub zachwyconego czymś celebrytę, który drze ryja: „łooooooł”, to chętnie bym go kopnął w dupę. Bo przecież mamy swoje „o, rany!” (w wersji kulturalnej), albo „o qrwa!” (w wersji mniej kulturalnej, ale bardziej emocjonalnej). Ta muzyczka, to takie „łooooł”, które do polskiego stadionu po prostu nie pasuje i psuje to, o czym pisze Luk, czyli spontaniczną radość, podczas której ludzie fajnie drą gęby, przybijają „piątki” (niczem znak pokoju), ściskają się, a nawet całują z dubeltówki, krzyczą „Po-lo-nia, Po-lo-nia” i wykrzykują nazwisko szczęśliwego strzelca. A jeśli już jakaś muzyczka, to proponuję wyłącznie kultową, dla mnie piosenkę grupy „Pod Budą”:
      https://www.youtube.com/watch?v=BnRHYTJBr0w

      Chyba ze mnie żaden Europejczyk, jeno koł (ale polski)…

    3. Żadne wow ani łał nie nadaje się do wznoszenia poważnych okrzyków, bo nie zawiera litery R. Literę R zawierają „o rany”, „o kurwa”, „ja pierdolę” czy staropolskie „rety”. Zobrazuję to historyjką sprzed lat. Grałem w tenisa ze znajomym Francuzem. Po każdym nieudanym zagraniu wołałem „o kurwa!”. On wołał „putain!” (czyt: piutę) albo w skrócie „o put!” Tak było na początku. Pod koniec meczu obaj krzyczeliśmy po polsku. Po meczu Pierre-Henri nie mógł się nachwalić naszego narodowego zawołania właśnie ze względu na zawartość litery R 🙂

    4. Ja tam poprę Olo, absolutnie nie widzę w tym nic złego. Nawet jeśli, nie można trwać na pozycji nigdy tak nie było więc i teraz być nie powinno. Cieszy mnie, że ktoś eksperymentuje, jak nie chwyci to najwyżej się wycofa z tego, a jak chwyci… jak inaczej mogli to sprawdzić?

    1. Takich mamy napastników w składzie, w Polsce nazywamy się ich często defensywnymi. Super się zastawiają, dobrze grają tyłem do bramki i zgrywają piłki, ale ze strzelaniem jest problem. Tacy piłkarze też są potrzebni, ale nam brakuje snajpera. Wystarczy spojrzeć na statystyki Pieczary, Paweli i Wiśniewskiego z poprzednich klubów, nigdy nie byli superstrzelcami.

    2. Sam po meczu mu dopisałem bramę, więc skoro miał trzy i jedną mu dorzuciłem, to ma 4. Nie wierzę, żeby ci ta sekcja strony stanęła w miejscu na miesiąc.

    3. Po prawej stronie dwie bramki i w zakładce kadra dwie bramki.
      Otwierałem przed chwilą w firefox i google chrome.

  1. Mnie chyba bardziej niż zwycięstwo cieszy postawa drużyny. Chodzi o to, że zabrakło w końcówce typowego dla tej ekipy w III lidze holowania piłki do narożnika, gry na czas, wybijania na oślep. Widać było, że ten drugi gol spuścił z nich powietrze i dał sporo takiego piłkarskiego luzu (czasem nawet zbyt dużego jak te kiwki we własnym polu karnym) – oni pod koniec cieszyli się grą w piłkę i to może zaprocentować w następnych meczach.

    1. Buendia – bingo! 😉

      To, do czego nawołuję, od ponad roku, to właśnie ten luz, o którym piszesz, to gra o zwycięstwo, a nie o to, żeby nie stracić, Boże broń (!) bramki. To psychologiczne nastawienie na wygranie meczu.

      Przez to nasze minimalistyczne podejście, ta ekipa, budowana od 1,5 roku przez duet (?) Delfin-Gołaszewski utraciła mentalność zwycięzcy. Ten system gry ja zabił. Pisałem z rok temu w jednym z felietonów, że to się może tak skończyć, bo człowiek jest tylko człowiekiem. Nawyki trudno zmienić. W tym sezonie tak bardzo boimy się straty bramki, że ze strachu, z reguły popełniamy błędy i właśnie te bramki tracimy. A jak już wyrównamy, to na boisku pojawiają się w ramach zmian zawodników – gracze defensywni. Po co? No, po to, żeby nie stracić, chociaż tego remisu. I tak w kółko Macieju, a czołówka odjeżdża, a dno tabeli się przybliża.

      Czy ten mecz jest zwiastunem nastania ery „mentalności zwycięzcy”? O niczym innym nie marzę…

  2. W końcu zagrali i wygrali chwała im za to. Od razu z tym progresem w grze było widać poprawę atmosfery na trybunach, czyli jednak można oby to nie był epizod, punkty są potrzebne jak tlen.
    Jak smakuje zwycięstwo po cholernie długich dwóch miesiącach? …

  3. No cóż, kiedyś przecież musieli wygrać (statystyka!). Fajnie, że się udało, ale nie zmienia to faktu, że runda jesienna w wykonaniu naszej drużyny była kompletnym fiaskiem. Najbardziej martwi mnie to, że osiągamy najgorsze wyniki w tej lidze w meczach na wyjeździe, a na wiosnę takich meczy będzie więcej.

  4. Zdecydowanie studziłbym optymizm. Zdecydowanie.

    Goście z Kołobrzegu postarali się mocno, żeby nie zepsuć nam święta. No i bardzo ładnie z ich strony. Natomiast nasza gra pozostawiała jeszcze wiele do życzenia. Fajnie, że Kluska zdobył bramkę, ale było to jego drugie nieschrzanione zagranie w tym meczu. Marczak nawet biegać zaczął, tyle tylko, że biegał na darmo. Itd. itp.
    Ale żeby jednak nie być zupełnym czarnowidzem – zgodzę się z większością co do oceny Bazylego Kokota, jestem mocno zbudowany jego postawą. Podobały mi się też momenty Petasza, zwłaszcza te związane z wyprowadzeniem akcji, choć w obronie obcinał się srodze, co składam jednak na karb długiego rozbratu z grą.
    Jednakże nie liczyłbym na dorobek punktowy deklarowany przez Igora (10 punktów, tzn. jeszcze 7). I bardzo chciałbym się pomylić.

  5. A może nas zlekceważą i już przed meczem uznają, że przyjeżdża słabeusz, który na wyjeździe jeszcze nie wygrał, do tego strzelił tylko trzy gole i w efekcie tego zwycięstwo przyjdzie samo ?
    Rzadko się zdarza, aby drużyna ze środka tabeli w całej rundzie nie wygrała choćby jednego meczu na wyjeździe – więc to może być nasz dzień !!

Dodaj komentarz