Honorowy prezes Polonii Jerzy Piekarzewski w imieniu MKS Polonia złożył we wtorek w Mazowieckim Związku Piłki Nożnej wniosek o udział w rozgrywkach seniorów w sezonie 2013/14. Nadal jednak nie wiadomo, w której lidze zagra ten zespół.

Grzegorz Popielarz

Grzegorz Popielarz (fot. Leszek Szymański / PAP)

W ten sposób odbył się kolejny etap restytucji Polonii Warszawa, choć wciąż mający symboliczne znaczenie. W dokumentach przekazanych do MZPN nie znalazły się pisma potrzebne do otrzymania licencji, nawet w lidze regionalnej. Brakowało m.in. informacji o braku zadłużenia wobec urzędu skarbowego, ZUS-u, o sztabie szkoleniowym, miejscu rozgrywania meczów, pojemności stadionu.

Zaczynamy od zera, to dopiero początek. Nie wiemy, w której lidze mamy grać, dlatego nie możemy jeszcze powiedzieć, kto będzie u nas grał, kto będzie trenerem – mówi prezes Stowarzyszenia Klubu Sportowego Polonia Warszawa (wkrótce przejmie zarządzanie MKS-em) Grzegorz Popielarz.

Sądzę, że sprawa o braku zadłużenia jest najmniej istotna, bo wiemy, że MKS takiego nie ma. Co do reszty? Nie mogę powiedzieć, w której lidze zagra Polonia, bo taką decyzję musi podjąć zarząd – tłumaczy prezes Mazowieckiego Związku Piłki Nożnej Zdzisław Łazarczyk.

SKSPW i MKS walczy o występ w III lidze (czwarty poziom rozgrywek). Zgodę na dopuszczenie do rozgrywek na tym szczeblu „Czarnych Koszul” zarząd ma wydać 2 lipca. Nie jest to wcale takie oczywiste. Mogą na to nie zgodzić się inne kluby, bo wskutek takiej decyzji doszedłby do III ligi silny – na razie przynajmniej z nazwy – konkurent. Inni przekonują, że Polonia powinna zaczynać od najniższej ligi czyli od B klasy, w najlepszym wypadku od IV ligi.

Ale są też argumenty przeciwne. W historii polskiej piłki nożnej zdarzały się przypadki, że regionalne związki dopuszczały do rozgrywek IV ligi (czyli według dzisiejszych zasad trzeciej) zasłużone kluby po bankructwie. W śląskiej federacji taki ukłon wykonano w stronę GKS Katowice, a zachodniopomorska pozwoliła w ten sposób reaktywować się Pogoni Szczecin.

Do tego w obu przypadkach były to nowe kluby, nowa Polonia jednak może odwołać się do historii. MKS, czyli Miejski Klub Sportowy Polonia, formalnie powstał w 2005 roku, ale jest kontynuatorem sportowej tradycji KS Polonia. W obliczu bankructwa ten ostatni klub przekazał sześć młodzieżowych sekcji (piłkarską, pływacką, koszykarską, szachową, lekkoatletyczną, motorowodną) z zawodnikami, trenerami do nowego podmiotu.

Piłkarska odnoga MKS nigdy nie połączyła się z zawodowym klubem należącym najpierw do Józefa Wojciechowskiego występującym w II lidze (dziś I) w latach 2006-08, a potem w ekstraklasie. Szkoliła młodzież na własną rękę, jeśli Wojciechowski, a ostatnio Ireneusz Król chciał wziąć młodych piłkarzy, musiał ich wykupić. Dziś okazało się, że zupełnie przypadkowo takie rozwiązanie ocaliło MKS od upadku, a teraz pozwala na restytucję lege artis piłkarskiej Polonii.

Tak samo zamierza zresztą postąpić ŁKS Łódź, który tworzy zespół na bazie własnej Akademii Piłkarskiej. W poniedziałek ŁZPN przegłosował uchwałę w sprawie dopuszczenia dwukrotnego mistrza Polski do III ligi w sezonie 2013/14. Zrobiono to szybko i bezboleśnie. Regulaminowa zmiana musi zostać jeszcze zatwierdzona przez PZPN.

Jakub Tosik

Jakub Tosik (fot. Tadeusz Robaszyński-Janiec)

Po nieprzyznaniu licencji na grę w Ekstraklasie, zawodnicy Polonii znaleźli się na celownikach transferowych różnych klubów krajowych i zagranicznych. Wczoraj podaliśmy informację, że Jakub Tosik znajduje się w kręgu zainteresowań Jagiellonii Białystok. Dziś 26-letni zawodnik podpisał 3-letni kontrakt z klubem z Podlasia.

Na celowniku Lechii Gdańsk znajduje się nasz lewy obrońca Adam Pazio. Zgodnie z doniesieniami serwisu „Sport”, byłego zawodnika Polonii od podpisania kontraktu dzielą już tylko testy medyczne. Będzie to pierwsze wzmocnienie gdańszczan przez sezonem 2013/2014.

Natomiast, nadal nie wyjaśniła się przyszłość Jacka Kiełba. Pomocnik, który przebywał na wypożyczeniu w Polonii Warszawa z Lecha Poznań nie może być pewien miejsca w składzie „Kolejorza”. Zawodnikiem, który ma ważny kontrakt z Lechem do 2014 r., poważnie są zainteresowane Korona Kielce i beniaminek Ekstraklasy Zawisza Bydgoszcz. Podobno ten ostatni klub gotów jest wyłożyć za popularnego „Rybę” nawet 100 tys. zł.

Z kolei Tomasz Hołota przechodzi testy medyczne w zespole Śląska Wrocław.

Sebastian Przyrowski

Sebastian Przyrowski (fot. Zbigniew Luchciński / ksppolonia.pl)

W dzisiejszym „Przeglądzie Sportowym” ukazał się wywiad z naszym bramkarzem Sebastianem Przyrowskim, który opowiedział m.in. o tym, jak łączył swoje życie klubowe z prywatnym, o swoich wpadkach bramkarskich, sentymencie do Polonii i niewypale transferowym, jakim było fiasko przejścia do Tottenhamu.

Kiedyś tego nie rozgraniczałem, mieszałem sprawy prywatne z piłkarskimi. Nauczyłem się, że tak nie można. Miałem kilka życiowych zakrętów, które wpływały na moją formę. Rozwód był dla mnie traumą. Chciałem zostawić problemy za bramą stadionu, ale było to za trudne. Po kilku błędach na boisku zdałem sobie sprawę, że muszę to zmienić, bo sportowo wiele tracę. W pewnym momencie, niezależnie od tego, co działo się w moim życiu prywatnym, zacząłem wyłączać w klubie telefon. Koncentrowałem się tylko na grze – mówi Przyrowski.

Można z dnia na dzień tak diametralnie zmienić swoje podejście?

Trwało to długo. W lutym 2011 roku zacząłem nad tym pracować z trenerem mentalnym. Te dwa lata były dla mnie niezwykle ważnym doświadczeniem. Dostałem pozytywnego kopa, zacząłem inaczej patrzeć na świat.

Kiedy pan zrozumiał, że potrzebuje pomocy z zewnątrz?
Wiele czasu mi to zajęło. Na początku walczyłem ze sobą, nikogo w klubie nie chciałem angażować w swoje problemy. Przeżywałem huśtawkę: dwa dni czułem się OK, a dwa kolejne fatalnie. A wiadomo, że Polonia potrzebowała pewnego bramkarza. W końcu zacząłem rozmawiać z Radkiem Majdanem, z Bogusławem Kaczmarkiem, który pojawił się w klubie z Theo Bosem. Radek polecił mi odpowiedniego specjalistę – panią, która przyjmowała w Radomiu. Już podczas pierwszego spotkania totalnie się przed nią otworzyłem. Potrzebowałem kogoś, kto nie będzie oceniał, kto spojrzy na moje kłopoty z dystansu. Była moim cieniem: przyjeżdżała na mecze, była na treningach. Obserwowała, jak się zachowuję, analizowała, mówiła, co muszę zmienić, co mi przeszkadza. Poprawa nie przyszła z dnia na dzień. Poczułem ulgę dopiero po 6-7 miesiącach. Dziś już nie współpracujemy, uznaliśmy, że nie potrzebuję.

Wie pan, że jest uznawany za bardzo nieprzewidywalnego?

Taka opinia ciągnie się za mną od pierwszego powołania do reprezentacji Polski w 2005 roku, kiedy Paweł Janas zabrał mnie na turniej na Ukrainie. Popełniłem jeden, czy dwa błędy i od tamtej pory za każdym razem, gdy przytrafi mi się jakaś pomyłka, jest ona wyolbrzymiana. A przecież każdy popełnia błędy. Wiosną nie złapałem piłki w meczu z Legią, zgadza się. Ale dzień później oglądałem spotkanie Arsenalu i tam Łukaszowi Fabiańskiemu przydarzyło się to samo, z tą różnicą, że tam obrońca wybił piłkę z linii bramkowej. Analizowałem swoją grę i wyszło mi, że takich drastycznych błędów, wynikających z głupoty czy nonszalancji, popełniłem może ze cztery.

Ale razem z Mariuszem Pawełkiem i Marcinem Cabajem należy pan do „Wielkiej Trójki” bramkarzy, wpuszczających najgłupsze bramki.

Z Mariuszem się z tego śmiejemy. Kiedy przyszedł do Polonii, zaczęliśmy żartować, że drużyna teraz nie ma szans, bo obaj jesteśmy w jednym klubie. Trener Piotr Stokowiec nawet zażartował: „Mamy dwóch równorzędnych bramkarzy. Obu słabych”. Zachowuję do tego dystans, jak chcecie, możecie pisać o mnie, że jestem fajtłapą i na to się nie pogniewam. Ale z jednym nie mogę się pogodzić – że ktoś, kto robi jeden błąd, jest wrzucany do tego samego worka co ten, który ma ich na koncie piętnaście. Mnie boiskowa wpadka zdarza się raz na sezon, a Marcinowi Cabajowi kilkanaście. A jednak jestem traktowany tak samo jak on.Nie wiem, skąd się to wzięło [nawyk do stania nieruchomo i patrzenia na lot piłki], zapewne przyzwyczajenie z młodzieńczych lat. Trenowałem na słabych boiskach, rzuciłem się do piłki pięć razy, a do kolejnych już nie byłem w stanie, bo byłem tak mocno poobijany. Trenerzy nie zwracali mi na to uwagi. Na zasadzie: nie chce się rzucać, to niech się nie rzuca. To nie był nawet brak techniki, czy umiejętności, tylko przygotowania mentalnego. Jakaś sytuacja mnie zaskakiwała, więc nie interweniowałem. A w meczu nie możesz dać się zaskoczyć. Dostawałem nawet takie rady: „Rzuć się, nawet jeśli nie masz szans obronić, bo jak stoisz, głupio to wygląda”. Myślę, że już poprawiłem ten element.

Po którym błędzie czuł się pan najgorzej?

Gdy z Wisłą Kraków dostałem podanie od Łukasza Piątka, piłka przetoczyła mi się po nodze i wpadła do bramki. Ale nie byłem zły na siebie. Żal mi było chłopaków, że cały mecz dobrze grali, a w końcówce taki błąd zaważył o tym, że przegraliśmy. Spojrzałem na ich twarze, byli totalnie załamani. Od tamtej pory Łukasz już nigdy nie podał mi piłki, kiedy stałem w świetle bramki. Nawet podczas treningów.

Powiedział pan kiedyś: „Polonię musieliby chyba rozwiązać, bym z niej odszedł”. Stało się.

Chciałem tu zostać, choć było to trudne pięć lat. Było mi ciężko pod każdym względem: i sportowym, i prywatnym. W klubie panował bałagan, ale sentyment do klubu mam tak duży, że najchętniej bym się z niego nie ruszał.

Powiedział pan, że został w Polonii, bo przeważył sentyment do klubu. Skąd się on wziął?

Był to pierwszy klub z ekstraklasy, z jakim miałem styczność. Gdy Polonia zdobywała w 2000 roku mistrzostwo Polski, trenowałem z pierwszym zespołem, ćwiczyłem też z drugą drużyną oraz indywidualnie z trenerem Krzysztofem Dowhaniem. Igor Gołaszewski, Mariusz Liberda czy Mariusz Pawlak przyjęli mnie bardzo dobrze. A miałem porównanie, jaka jest atmosfera, bo dostałem też zaproszenie od Legii i przez tydzień ćwiczyłem z Arturem Borucem i Grzegorzem Szamotulskim. Przy Łazienkowskiej było zupełnie inaczej, mniej rodzinnie, więcej gwiazd. Dlatego gdy grając w Groclinie podczas obozu w Austrii Tadek Fajfer powiedział mi, że przenosimy się na Konwiktorską, miałem wrażenie, ze wracam do domu.

W tym domu zastał pan bałagan.

Pierwsze miesiące to był dramat. Mieszkania miały na nas czekać, a nie czekały. Najeździliśmy się po hotelach, sami musieliśmy szukać jakichś kwater. Organizacyjnie, jak powiedział klasyk, Stal Mielec. Przenosiliśmy się z Grodziska, gdzie mieliśmy absolutnie wszystko, na Konwiktorską, gdzie nie było nawet boiska treningowego, gdzie nagle sami musieliśmy sobie robić pranie. Każdy się bał, żeby ten chaos nie odbił się na wynikach. Byliśmy wkurzeni, przybici. Ale trener Jacek Zieliński zdołał to poukładać.

Co dalej?

Nie chcę grać niżej niż w ekstraklasie, pod względem fizycznym nie czuję się gorzej niż pięć lat temu, a z pewnością mam większe doświadczenie. Oferty pojawiają się głównie z zagranicy, z polskiej ligi jest ich mniej.

Prawie co pół roku wymieniane były kluby, do których miał się pan przenieść. Ile razy tak naprawdę mógł pan odejść z Polonii?

Najbliżej byłem Sheffield United i Tottenhamu. W Sheffield szukali bramkarza, bo Paddy Kenny był zawieszony za doping. Gdy tam pojechałem i zobaczyłem ich bramkarzy, byłem przekonany, że zostanę, bo umiejętnościami „zamiatałem ich pod stół”. Czemu nie wyszło? Zawsze czegoś brakowało…

Najgłośniej było o Tottenhamie.

Wszystko było dogadane. Pokazali mi dokumenty, pozostało mi tylko przejść testy medyczne. Miałem wykupiony bilet, ale gdy przebywałem na wczasach, w Tottenhamie zmienił się trener. Zwolnili Juande Ramosa, przyszedł Harry Redknapp, który nie chciał, żebym w ogóle przylatywał. Wolał ściągnąć Carlo Cudiciniego z Chelsea. Poleciałem i już po dwóch dniach wiedziałem, co jest grane.

Z rozsądku zadzwonił też pan zimą do właściciela, gdy wyjeżdżaliście z obozu w Turcji? Prezes Król mówił potem, że był pan jedynym, który postawił sprawę jasno, że skoro nie ma pieniędzy, to chce odejść.

Przed wyjazdem na ten obóz rzuciłem hasło, że może nie lecimy. Trenerzy byli załamani, zastanowiłem się, i uznałem, żeby dać Królowi jeszcze pięć dni. Namówiłem chłopaków, by polecieli. Podczas obozu było mi głupio, koledzy przychodzili i pytali: „Przyroś, i co?”. Musieliśmy zareagować. Nie chciałem wyjeżdżać bez oficjalnego pozwolenia. Zostały mi jeszcze dwa lata do końca kontraktu, obawiałem się, że właściciel będzie blokował zmianę klubu. Zadzwoniłem więc do niego po zgodę i dostałem takie pismo. Poinformowałem o tym chłopaków. Wylecieli dzień wcześniej, ja zaczekałem, aż klub przefaksuje mi dokument i wtedy pojechałem na lotnisko. To było bardzo trudne. Pierwszy raz zszedłem z treningu. Wracałem, zastanawiając się, czy dobrze robię. Ale musieliśmy zareagować. Dziś wiem, że niczego to nie zmieniło. Szkoda, że tak długo daliśmy się nabierać. Od tamtego obozu prezes przestał płacić wszystkim. Ostatnio minął mi 13 miesiąc bez pensji.

Jak przeżyć tyle czasu bez dopływu gotówki?

W lutym, po powrocie ze zgrupowania, wyliczyliśmy z narzeczoną, że bez pieniędzy z Polonii damy radę normalnie żyć do czerwca. Dlatego zostałem, bez łudzenia się, że przez te pół roku cokolwiek dostanę. Miałem oszczędności, nie żyliśmy gorzej niż wcześniej. Nie pożyczyłem ani grosza. To ja pożyczałem innym i dzięki temu poznałem się na ludziach. W listopadzie urodziło mi się drugie dziecko, na początku roku nadszedł moment, kiedy się odezwałem do dłużników. Pieniądze mieli oddać dużo wcześniej, ale nie nalegałem. Zadzwoniłem, powiedziałem, że ich potrzebuję. Z sześciu osób telefon odebrały tylko dwie, czwórka w ogóle nie dała znaku życia. Pieniędzy nie oddał nikt.

Źródła: własne/ 90minut.pl/ Gazeta Wyborcza/ Przegląd Sportowy/ Wirtualna Polska