Jak donosi „Gazeta Wyborcza” prezes Polonii Ireneusz Król nie ureguluje długu wobec zawodników i pracowników Polonii. Oznacza to, że warszawski klub nie otrzyma licencji na grę w ekstraklasie.

To na pewno jedna z najbardziej mętnych i czarnych postaci w historii Polonii – mówi o Królu były prezes PZPN i kibic „Czarnych Koszul” Michał ListkiewiczCzy ktoś się łudził, że człowiek, który ciągle ostatnio oszukiwał, spłaci długi? – pyta retorycznie były prezes PZPN.

W trakcie rozmowy z serwisem zaznaczył, że popełnił błąd, pochopnie oceniając poprzedniego prezesa Polonii Józefa Wojciechowskiego, jako grabarza klubu: – Kiedyś w nerwach i niesłusznie, powiedziałem o poprzednim właścicielu klubu Józefie Wojciechowskim, że dokonał tego, co nie udało się hitlerowcom – doprowadził Polonię do ruiny. Okazuje się, że dokonał tego Król – mówi Listkiewicz.

Grzegorz Popielarz

Grzegorz Popielarz (fot. Leszek Szymański / PAP)

Ale dodaje, że w Polonii nadal są ludzie, którzy będą o ten klub walczyć. Ludzi tych zrzesza Stowarzyszenie Polonia Warszawa z Grzegorzem Popielarzem na czele. – My dalej działamy, jutro się zbieramy, a w przyszłym tygodniu zwołujemy konferencję prasową i przedstawimy nasze oficjalne stanowisko – powiedział prezes Stowarzyszenia Klubu Sportowego Polonia Warszawa, które chce ratować „Czarne Koszule” przed upadkiem.

SKSPW jest w posiadaniu dokumentów spółki KSP Polonia. Czy to oznacza, że skieruje wniosek do prokuratury przeciw Królowi w sprawie działania na szkodę spółki? – Za wcześnie, by o tym mówić – skomentował sprawę Popielarz.

Konsekwencje kolejnej niesłowności Polonii są oczywiste. Zadłużone po uszy „Czarne Koszule” nie mają prawa otrzymać licencji na grę w ekstraklasie, ale także w I lidze, gdzie kryteria finansowe są podobne.

  – Ireneusz Król po raz kolejny obiecał, że ureguluje zaległości. Dziś do godz. 16 ma przelać pieniądze niezbędne do tego, aby Polonia mogła jednak licencję dostać – powiedział Popielarz. Tyle że ani on, ani nikt inny nie wierzy, że Król dotrzyma obietnicy.

Polonia w przyszłym sezonie zagra najprawdopodobniej albo w III, albo w IV lidze. Nigdy w swej historii nie spadła tak nisko. W tej chwili zespół prowadzony przez Piotra Stokowca zajmuje piąte miejsce w tabeli i teoretycznie, na dwie kolejki przed końcem, ma jeszcze szansę na miejsce na podium. Wczoraj Polonia zremisowała 0:0 w Lubinie z Zagłębiem, w czwartek zagra u siebie z Piastem Gliwice.

Mecz z Piastem Gliwice ma jednak dojść do skutku. Zorganizowanie meczu było poważnie zagrożone, bo firma ochroniarska DSF odmawiała pojawienia się na obiekcie w Warszawie ze względu na długi, jakie ma wobec niej Polonia.

Mogę potwierdzić, że ten mecz się odbędzie – zapowiedział jednak rzecznik prasowy klubu Adam Drygalski.

Można więc zakładać, że w czwartek gliwiczanie pojawią się na Konwiktorskiej i jeśli wygrają, to zapewnią sobie udział w Lidze Europy.

Po spotkaniu w Lubinie Daniel Gołębiewski nie krył irytacji, ale nie chciał przyznać, że jest zły na trenera. – Jestem zły, bo nie strzeliłem w tej sytuacji. Przyjechaliśmy tutaj wygrać, a miałem dobrą sytuację, której nie wykorzystałem. Ostatnio wszedłem w końcówce, strzeliłem dwa gole i myślałem, że zagram w pierwszym składzie. Ale takie życie… Rozmawiałem chwilę o tym z trenerem, ale taka była jego decyzja – powiedział w rozmowie z Canal+ napastnik i dodał sarkastycznie – Jakbym strzelił, to bym w następnym i tak siedział na ławce.

Decyzji o posadzeniu na ławce Gołębiewskiego nie chciał komentować szkoleniowiec Polonii Warszawa Piotr Stokowiec. – Nie ma co się rozwodzić, to są decyzje trenera. Tak było dzisiaj, ja za to odpowiadam, koniec tematu. Zawodnik może być zirytowany, to są emocje i ja to rozumiem – uciął dyskusję trener „Czarnych Koszul” i dodał – Daniel mógł dzisiaj strzelić gola, może zagra w następnym meczu.

Przypomnijmy, że „Dyzio”, który zameldował się na placu gry dopiero w 79 min. nie wykorzystał dogodnej, stuprocentowej sytuacji, po której „Czarne Koszule” mogły odnieść „pyrrusowe zwycięstwo”. „Pyrrusowe”, ponieważ niegroźnego urazu doznał młody skrzydłowy Polonii Miłosza Przybecki. Na szczęście nie był on na tyle groźny, bo zawodnik nie mógł wystąpić w następnym meczu.

Źródła: własne/ Gazeta Wyborcza/ Super Express/ Weszło!/ Wirtualna Polska