Duży wywiad z Danielem Gołębiewskim ukazał się na łamach portalu „Weszło!”. Jak dobrze pamiętacie „Gołąbek” ostatnio zawiesił buty na kołku i rozwija się w innych kierunkach. Niedawno wspominaliśmy, że jest trenerem damskiej drużyny Żbika Nasielsk.

To nie jedyna aktywność byłego napastnika Polonii. – Prowadzimy z żoną salon fryzjerski. To znaczy głównie ona prowadzi, a ja jej pomagam. Bardzo fajnie to hula (…) Pracuję też w firmie finansowej i współpracuję z piłkarzami. Fajna sprawa, bo mogę trochę uświadamiać zawodników, że warto myśleć o tym, co będzie po karierze. Jestem zadowolony. Wciąż mam dzięki temu kontakt z kolegami – zdradza wychowanek MOSiRu Wyszków. 

Daniel Gołębiewski

Dodatkowo były plany „pozyskania” Gołębiewskiego przez KTS Weszło. Odmówił. Dlaczego? – Potwierdzam. Obawiam się, że moja wątroba mogłaby nie wytrzymać gry dla KTS-u! – odpowiedział jak zwykle z humorem „Dyzio”.

Przeprowadzający rozmowę Mateusz Rokuszewski chciał dowiedzieć się kiedy kariera napastnika zboczyła w złą stronę. Jego zdaniem pierwszą złą decyzją była przeprowadzka do I-ligowej wtedy Bytovii. – (…) Poszedłem tam późno, dzień przed pierwszym meczem, nie polecam takich manewrów. Nie poszło i powoli zaczęło się to rozmywać. Gdyby Polonia Warszawa wcześniej nie zbankrutowała, pewnie grałbym w niej do dzisiaj. Nie tylko ja. Łukasz Piątek, który dziś jest w ŁKS-ie, byłby zapewne najdłużej grającym zawodnikiem w jednym klubie – ma trzydzieści cztery lata, czyli spędziłby przy Konwiktorskiej dwadzieścia osiem z nich. Byliśmy jednak zmuszeni coś zmienić. Trafiłem do Korony, później do innych klubów i ten mój poziom sportowy stale się obniżał. Z czasem zmniejszało się zainteresowanie i tyle – mówi i dodaje, że samo nazwisko i fakt rozegrania ponad 100 meczów w ekstraklasie nie wystarczą żeby być gwiazdą w niższych ligach: – Często prezesi w niższych ligach myślą tak: „wezmę takiego Gołębiewskiego z ekstraklasą w życiorysie, to mi zbawi klub”. Nie zwróci uwagi na to, jak wygląda jego drużyna, jak wyglądają rozgrywki. Ja dryblerem nigdy nie byłem, a tacy, jeśli dysponują jeszcze szybkością, na pewno odnajdą się niżej. 

Warto jednak przejść do części dotyczącej anegdotek piłkarskich, którymi Gołębiewski potrafi sypać garściami… Na pierwszy ogień niech pójdą trenerzy.

Pierwsza wiąże się z José María Bakero Escudero, legendzie Barcelony, który bardzo lubił młodych zawodników (dobrym przykładem jest np. Damian Jaroń), ale „Dyzio” nie może tego powiedzieć o sobie. – (…) Pamiętam taką sytuację po tej mojej rundzie życia. Grałem w sparingach, strzelałem bramki. W sobotę mamy mecz, a w piątek do klubu przyjeżdża Artur Sobiech. Od razu woła mnie trener Bakero i mówi: „sorry Daniel, ale wiesz, jak jest”. Rozumiem, że to biznes i jak kupujesz „produkt premium”, to stawiasz go na najwyższej półce, gdzie wszyscy go zobaczą. Ja z automatu lądowałem na niższej, ale później broniłem się na boisku. 

Inna ciekawa historia związana jest z holenderskim szkoleniowcem Theo Bosem. – Były transfery i czułem, że jestem na wylocie, niekoniecznie ze względów sportowych. Zagrałem w pierwszym sparingu, ale strzeliłem bramkę, więc później – tak na wszelki wypadek – się nie łapałem. Zawołał mnie trener. 

– Chcielibyśmy cię wypożyczyć. Co ty na to?
– Nie, zostaję. Poradzę sobie. Jeśli w ogóle miałbym gdzieś iść, to tylko do ekstraklasy.
– Ty do ekstraklasy?! Nieee.
– Trenerze, w pierwszym meczu u trenera nie zagram. W drugim już wejdę z ławki, w trzecim zagram w pierwszym składzie, a w czwartym trener nie będzie miał pracy. 

Można sprawdzić, że pomyliłem się niewiele, ale i zagrałem, i Bos szybko został zwolniony. Drużynie nie szło i trzeba było się jakoś ratować. A jak zareagował na słowa Gołębiewskiego Holender? – Skończyło się awanturą, ale przeczekałem. Jak zawsze. 

Daniel Gołębiewski

Fajnie po czasie czyta się także opowieść dotyczącą negocjacji „Gołąbka” jeszcze w czasach gry w Młodej Ekstraklasie. Prezes Józef Wojciechowski kupił licencję Dyskobolii Grodzisk Wielkopolski. „Dyzio” po niezłej rundzie w ŁKS-ie Łomża, występował głównie z juniorami. Osoba oddelegowana do negocjacji zaczęła dość zdecydowanie: – Dobra młody, masz dwa tysiące i wypierdalaj. 

Jestem dość spokojnym człowiekiem, nigdy awantur nie robiłem, ale moja pasja i determinacja nie pozwoliły mi tego przyjąć. 

– Szefie, tu są goście, którzy nigdy nie grali w seniorskiej piłce, a dostają trzy tysiące plus mieszkanie, a ja mam dostać dwa i to bez tego dodatku? Przecież ja jest jestem kapitanem tej drużyny!
– Oj, młody, młody. Ty się lepiej nie wychylaj!

– Chcę osiem tysięcy i bez tego nie wyjdę.
– Młody, opanuj się.
– Ale ja za chwilę będę grał w pierwszej drużynie, więc chcę mieć lepszy kontrakt.
– Dobra, jak zagrasz choćby minutę, co i tak ci się nie uda, to dostaniesz tę ósemkę. A chuj! Zrobię tak dla wszystkich – ci, którzy zadebiutują, automatycznie osiem. 

Po pierwsze: powiedziałem osiem, ale liczyłem, że da piątkę. Po drugie: był później taki moment, ze wpuszczano chłopaków na minutę, żeby tylko zarobili! Po tych negocjacjach byłem zadowolony, a po późniejszych… trochę mniej. 

Wróćmy do trenerów. Gołębiewski zdradził „Weszło!” kogo ceni w branży. Zaczął od Dariusza DźwigałyOn kieruje się prostą zasadą – chce podkręcać jakość i tempo gry przez wykonywanie dobrych, mocnych podań. U niego zrobiłem duży postęp czysto piłkarski. Zupełnie inaczej było u Piotra Stokowca: – (…) u niego bardzo mocno podkreślany był aspekt fizyczny – w sensie pracy nad szybkością i dynamiką. Treningi były na świetnym poziomie, do tego dochodziła praca nad sferą mentalną. Kolejny trener to Adam Nawałka. – Zobaczyłem, jak ciężko można trenować i że można trenować dużo, dużo mocniej, niż się wydaje, co przynosi efekty. Do tego to całkiem inny sposób zarządzania drużyną. Bardziej jak szef, prawdziwy menedżer – gdy coś powie, jest to stwierdzenie kończące dyskusję. 

Gołębiewski wspomina też miło trenera Leszka Ojrzyńskiego. – On pokazał mi, jak zarządzać ludźmi i piłkarzami, by wyciągnąć z nich te najlepsze cechy. Ma taką opinię, że może zrobić wynik ze słabymi drużynami, a i tak wszyscy są niezadowoleni. A on po prostu potrafi grać zaletami. Co robi kobieta, gdy idzie na imprezę? Chce podkreślić swoje atuty – ubrać się tak, żeby pokazać to, co ma najlepsze. W piłce bywa podobnie i to jest sztuką – pokazać to, co drużyna ma najlepsze. On to potrafił. 

Jedna z opowieści dotyczyła też Mateusza Żytko, który przy K6 grał wiosną w sezonie 2005/06.- W Pogoni Siedlce byliśmy rewelacją jesieni, wygraliśmy kolejny mecz i właśnie wtedy wchodzi do szatni trener i mówi: „Cieszcie się, macie dwa dni wolnego!”. Nagle wstaje doświadczony Mateusz Żytko i odpowiada: „Trenerze, my nie mamy dwóch dni wolnego – mamy jeden, a w kolejnym pracujemy, bo chcemy wygrać też za cztery dni”. Kozak. Podważył decyzję trenera, ale wyznaczył całej drużynie kierunek.

„Dyzio” podczas swojej kariery piłkarskiej zasłyną także z prowokowania rywali. Jak sam twierdzi robił to z czystej ambicji. W głowie miałem jedną rzecz – cokolwiek się działo, nikt nie mógł mnie stłamsić psychicznie. Te prowokacje nie były wyrazem frustracji, lecz wyrachowania i zimnej głowy. Sztuką było tak kogoś nakręcić, żeby odwrócić jego uwagę od piłki. Najlepiej tekstem kompletnie od czapy – coś jak w tej mojej rozmowie z panem Tomaszem Kiełbowiczem. 

– Gnoju, ile masz meczów w lidze?
– Żadnego, a ty ile?
– 250!

– Ale ile dobrych? 

Chciał mnie zniszczyć, a sam się zagotował. To był mecz o Puchar Ekstraklasy, w którym przegrywaliśmy 0-4. Przy takim wyniku często czujesz, że przeciwnik cię nie szanuje. Pomyślałem, że trzeba zrobić coś, żeby jakoś ten mecz zapamiętali i wtedy wpadłem na tę akcję z rozwiązaniem mu buta przy rzucie rożnym. 

Cały tekst znajdziecie na stronie portalu „Weszło!” [link]

Źródło: własne / Weszło!