Efektowne zwycięstwo z Lechią Tomaszów Mazowiecki, jeden z faworytów ligi w tym sezonie był całkowicie bezradny. Świetny start rundy, informacje z miasta o podjętych krokach w kierunku budowy nowego stadionu oraz coraz większa frekwencja na trybunach. Te wszystkie wydarzenia z początku września rozpaliły w wielu z nas wielkie nadzieje…

Niestety życie po raz kolejny udowodniło, że bycie kibicem Polonii wymaga charakteru i doświadczyło nas wszystkich psikusem losu. Jeszcze bolesne porażki, jednak z lepszymi i faworyzowanymi Sokołem i Legionovią były do przełknięcia. Jednak blamaże z Ruchem Wysokie Mazowieckie, oraz Bronią Radom sprawiły, że każdy przybyły tego dość mroźnego wieczora na K6 zachodził w głowę co to będzie jeśli dziś znowu przyjdzie przełknąć gorycz porażki. Przełamanie, odwrócenie złej passy było nam niezbędne jak rybie woda, jednak zadanie wydawało się niełatwe, bo gościliśmy dziś wydawać by się mogło mającego na Polonię patent Pelikana Łowicz.

Zaczęło się idealnie. Jeszcze nie wszyscy zdążyli dotrzeć na trybunę, za sprawą poblokowanych naokoło ulic, za co trzeba „podziękować” kolejnemu miejskiemu maratonowi, który sparaliżował ruch połowy miasta. Poloniści nie czekali na spóźnialskich i ostro ruszyli na przyjezdnych. Szybko wywalczony rożny, dośrodkowanie, główka i piłka w sieci. Wymarzony początek. Szkoda tylko, że bramka prawdopodobnie zostanie zakwalifikowana jako samobój, bo piłka najprawdopodobniej zmieniła kierunek obcierając się o jednego z rywali. Szczerze mówiąc to w gronie redakcyjnym widzieliśmy bramkę zdobytą przez Rafała Zembrowskiego. Spiker jako strzelca wyczytał Przemka Szabata, ale chyba ten ostatni sam temu nie dawał wiary, bo wywołany do tablicy spojrzał w kierunku Rafała i tylko się do niego uśmiechnął. Nie wiadomo w jaki sposób nasi motywowali się przed tym meczem ale w przeciągu pierwszych 20 minut powinni wbić rywalowi jeszcze co najmniej 2 bramki i emocje w meczu by się skończyły. Niestety Cezary Sauczek zgubił gdzieś swoją skuteczność jeszcze z czasów CLJ, a nieskutecznością zgrzeszył również Szabat. Później było już spokojniej, ale i więcej chaosu. Piłkarzom ewidentnie nie pomagał dziś też biegający w pomarańczowym trykocie arbiter, który ewidentnie nie miał swojego dnia i swoimi decyzjami spowodował, że mecz momentami niepotrzebnie się zaostrzał.

Im więcej czasu mijało tym przyjezdni wydawali się rozkręcać i już zacząłem zachodzić w głowę czy po raz kolejny niewykorzystane sytuacje z pierwszej połowy ponownie się na nas nie zemszczą. Na szczęście na ratunek przybył niezastąpiony w tym sezonie Krystian Pieczara, do spółki z Mateuszem Małkiem. Wspólnie wyłuskali piłkę zagubionemu obrońcy rywali, potem pierwszy asystował, a drugi popisał się świetnym lobem nad wychodzącym bramkarzem i kamień spadł z serca. Dwie bramki przewagi dawały spore prawdopodobieństwo dowiezienia zwycięstwa. Tym bardziej, że w bramce szalał dziś Janek Balawejder. Nie wiem co ten chłopak robił w ostatnim tygodniu, ale niech nie przestaje, bo dziś rozegrał chyba swój najlepszy mecz który z jego udziałem widziałem. Pewny na przedpolu, świetne wyjścia, szybki na linii. Szkoda straconej bramki, ale tu już był bez szans. Gdyby tak grał od początku sezonu, to na pewno mieli byśmy co najmniej 6 oczek więcej w tabeli.

Reszta drużyny dziś również stanęła na wysokości zadania. Linia obrony dość pewna choć Grzegorz Wojdyga i Zembrowski zaliczyli po jednym kiksie, na szczęście bez konsekwencji. Boki obrony dziś nie do przejścia, a coraz większe wrażenie robi na mnie młodziutki Arkadiusz Zajączkowski.

Środek pomocy dziś pewny i tylko żałować trzeba urazu Sebastiana Olczaka. Wyglądał chyba najlepiej z naszych więc mam nadzieje że to tylko stłuczenie i za tydzień zagra w wyjściowym składzie w Zambrowie. Marcin Kluska dziś również pewniejszy niż zwykle, co potwierdził kilkoma efektownymi dryblingami i wreszcie zagraniami „do przodu”. Skrzydłowi dziś robili sporo wiatru. Sauczek do poprawy skuteczność, bo szybkości mu nie brakuje i z obrońcami rywali robił co chciał. Małek bramka, super! Trochę mniej widoczny dziś Bartek Wiśniewski, ale czarnej roboty nie unikał i swoją cegiełkę do końcowego wyniku dołożył.

Z przodu tradycyjnie waleczny Krystian, dziś z asystą, choć mógł sam strzelać. Tym bardziej brawa za decyzję bo wybrał lepiej ustawionego kolegę.

Na szczęście goście z Łowicza nie byli dziś w stanie stawić skutecznego oporu i 3 punkty zostały przy Konwiktorskiej. Brawa dla drużyny za przełamanie tej fatalnej passy czterech porażek. Ostatnio zastanawialiśmy się tylko, kiedy było równie źle i pamięci świtały tylko złe wspomnienia. Ostatni sezon w ekstraklasie przed degradacją, czy też sezon 93/94 również w najwyższej klasie rozgrywkowej, który także skończył się spadkiem. Nasza obecna liga nie jest aż tak mocna byśmy musieli drżeć o utrzymanie, a drużyna zdaje się potwierdzać wyjście z kryzysu. Zostaje więc mieć nadzieje na zdecydowaną poprawę wyników i przywrócenie na trybuny sielankowej atmosfery z początku sezonu!