Ciekawy wywiad z Marcinem Matuszewskim możemy przeczytać na blogu „Gramy bez bramkarza”. Mateusz Sokołowski w rozmowie z „Panem Duże Pe” opowiada kulisy pracy I-N-I Music & Sport Agency.

Marcin Matuszewski

Marcin Matuszewski (fot. Bogusz Bilewski)

– Historia zaczęła się od głębokiej fascynacji piłką nożną, którą zaszczepił we mnie mój kochany Tata. (…) Agentów, którzy działali w Polsce, można było zliczyć na palcach jednej ręki, a skauting istniał wyłącznie w postaci „chałupniczej”. Postanowiłem zawalczyć na tym polu, zwłaszcza, że nadarzyła się okazja – bo klub, z którym od zawsze sympatyzuję był w problemach finansowych i miał kłopot ze skompletowaniem wartościowej kadry. Wykorzystując zdobytą wiedzę i biegłość w wyszukiwaniu wartościowych informacji w internecie postanowiłem spróbować ją wzbogacić przy niewielkim koszcie. Trafiłem na ślad zawodnika z Ghany, Setha Ablade – brązowego medalisty mistrzostw świata do lat 17, który w reprezentacji dzielił środek pomocy z Michaelem Essienem. Ablade występował wtedy w Austrii, gdzie do władzy doszedł Jörg Haider, polityk z bardzo nacjonalistycznymi poglądami. Wprowadzono tam wówczas przepis uniemożliwiający zawodnikom spoza Unii Europejskiej występy poniżej najwyższego poziomu rozgrywek. Klub, w którym grał Seth, spadł akurat z ich Ekstraklasy i został z „klopsem” w postaci zawodników, których mieli na kontraktach, a którzy nie mogli grać. Udało mi się nawiązać kontakt z agentem Setha, okazało się że wypożyczenie do Polski jest dla nich interesującą opcją. Działając z ramienia Polonii Warszawa doprowadziłem do tego, że zawodnik został sprowadzony na testy. W rozgrywanym na śniegu sparingu przeciw Olimpii Warszawa strzelił trzy gole, wpadł w oko trenerowi Krzysztofowi Chrobakowi – i tak się złożyło, że w wieku 22 lat sprowadziłem do kraju pierwszego zawodnika. I to do Ekstraklasy! Funkcjonowałem wtedy jako przedstawiciel klubu uprawniony do prowadzenia wstępnych rozmów transferowych – chyba tak było to sformułowane na tym pięknym piśmie, które jeszcze gdzieś mam. Oczywiście nie zarobiłem na tym wtedy nawet złotówki – przeciwnie: sam pomagałem wyposażyć mieszkanie wynajęte dla Setha, a kiedy klub zalegał z wypłatami mój ojciec podrzucał mu „dodatek do pensji”. No, ale pierwsze koty za płoty – Seth zagrał cztery spotkania w Ekstraklasie, dokładając małą cegiełkę do utrzymania Polonii na najwyższym poziomie rozgrywek – zdradził Matuszewski.

„Duże Pe” odkrył też innych: – Inny przykład zawodnika, którego wypatrzyliśmy w niższych ligach, to Maciek Tataj. Doprowadziliśmy do tego, że trafił do pierwszej ligi, w której – do momentu przyjścia do Polonii Warszawa trenera Waldemara Fornalika – radził sobie doskonale. Później, w toku naszej ówczesnej współpracy z Markiem Citką, trafił do Ekstraklasy, do Korony Kielce. Opiekowaliśmy się też przez jakiś czas Danielem Gołębiewskim, sprowadziliśmy do Polski urodzonego we Francji Polaka o nazwisku Loïc Lo Bello… No, trochę tego można by jeszcze wymienić. Ale najciekawszym zawodnikiem, którego wtedy „wypatrzyliśmy”, był Łukasz Teodorczyk.

Łukasz Teodorczyk

Łukasz Teodorczyk (fot. Tadeusz Robaszyński-Janiec)

Popularnego „Teo” wypatrzył ojciec muzyka. Pierwsze zakusy do napastnika Dynamo Kijów robił Paweł Olczak. „Olcziemu” nie wyszło, natomiast Matuszewskiemu powiodło się, jak sam twierdzi dzięki pomocy kolegów mających „znajomości w Żurominie”, udało się w końcu sprawić, że ten transfer doszedł w końcu do skutku – i Łukasz zasilił ekipę Libora Pali.

Jeżeli chodzi o Teodorczyka – zobaczyłem go na zajęciach u trenera Pali i zdecydowanie „była nadzieja, że coś z tego będzie”. Tym bardziej, że trener Pala do miękkich i wyrozumiałych nie należy – a od razu coś w nim dostrzegł, co stanowiło bardzo dobry prognostyk (…). „Pe” maczał też palce w transferze Euzebiusza Smolarka do katarskiego Al-Khor SC

Z innych ciekawych odkryć Matuszewski może pochwalić się przywiezieniem na testy do Polonii i Amiki Wronki Emmanuela Zulu, którego wypatrzył w Football Managerze. Zambijczyk oprócz bycia obiecującym zawodnikiem w FM, był on faktycznie obiecujący – znajdował się on na liście stu najlepszych piłkarzy młodego pokolenia na świecie, corocznie tworzonej przez jeden z cenionych brytyjskich piłkarskich periodyków. Był za naszą sprawą na testach w Polonii Warszawa i Amice Wronki. Niestety, w Warszawie padł ofiarą rozpędzonej trenerskiej karuzeli a we Wronkach możliwość transferu zablokowała nadchodząca fuzja Amica-Lech. Ostatecznie pomogliśmy naszemu brytyjskiemu wspólnikowi wysłać Emmanuela do… Malezji, gdzie zaoferowano mu dużo atrakcyjniejsze warunki niż te będące w zasięgu klubów Ekstraklasy. Cóż, jak mówi jedno z moich ulubionych przysłów – „nie ma złych zawodników, są tylko tacy ze słabymi agentami” (śmiech). Pomijając totalne beztalencia, zawsze można znaleźć rynek, na którym dany gracz będzie mógł zostać przynajmniej solidnym ligowcem utrzymującym się z grania – trzeba tylko mieć otwartą głowę i postrzegać świat futbolu jako całość…

José María Bakero Escudero, Jon Bakero Escudero, Ivan Fernandez, Piotr Wrześnik

Sztab trenera Bakero (fot. Czarna Koszula)

Matuszewski w rozmowie z gramybezbramkarza.wordpress.com przyznał, że totalnie nie zrozumiał decyzji Józefa Wojciechowskiego o pozbyciu się Andreu oraz pożegnaniu trenera José Marí Bakero. „Pe” nie cenił jednak Hiszpana jako szkoleniowca: – Byłby doskonałym prezesem klubu, ambasadorem, wizytówką. Osobą, która działałaby wizerunkowo. Tu nie mam wątpliwości. A co do samej trenerki – cóż, zależy jakiego by miał asystenta (śmiech). Większą rolę niż trenerskie umiejętności odgrywało samo jego nazwisko. Nagle okazało się, że Daniel Gołębiewski, Adrian Mierzejewski czy inni dostali skrzydeł. Przez zetknięcie się ze światem wielkiej piłki – właśnie w postaci osoby Bakero – kilku chłopaków zaczęło grać na najwyższym poziomie w swoich dotychczasowych karierach. Mądry prezes miałby w klubie dyrektora sportowego. Mądry dyrektor sportowy widziałby wady i zalety Bakero i zbudowałby mu odpowiedni sztab szkoleniowy, uzupełniający jego braki i podkreślający jego zalety. Dla mnie trener to bardziej wyspiarski „manager” – człowiek, który ma być liderem zespołu, dowódcą armii. Od taktyki, trenowania, przygotowania fizycznego czy stałych fragmentów gry może – a nawet powinien – mieć swoich ludzi. On ma być generałem, który stoi na wzgórzu przy polu bitwy i swoją charyzmą sprawia, że żołnierze zaczynają wierzyć w siebie. Na poziomie Ekstraklasy trener Bakero mógłby doskonale spełnić się w tej roli, jeśli otrzymałby kredyt zaufania i odpowiednie wsparcie – ale nie dostał ich ani w Polonii, ani w Lechu. Chociaż kamyczkiem do jego ogródka jest niewątpliwie nieznajomość angielskiego – bez tego trudno o międzynarodową karierę w piłce…

Matuszewski zdradził także, że Michał Libich chciał sprowadzić do Polonii Roberta Lewandowskiego. Problemem okazały się jednak pieniądze. O jaką kwotę mogło chodzić?  Parę tysięcy? Kilkanaście? Tak czy owak, była to pewnie jedna miesięczna pensja przeciętnego kopacza z pierwszej drużyny, maksymalnie dwie. Ot, polska piłka w pigułce…

O czym marzy „Pe”? Mój cel jest prosty. W tej chwili mam 34 lata. Do czterdziestki chciałbym zrealizować transfer „dużego kalibru”. Jako człowiek z zewnątrz, nie będący wcześniej trenerem, piłkarzem czy działaczem, mam utrudnione wejście w piłkarski światek. Moje działania będą więc musiały nosić znamiona nieszablonowości. Nie będę jednak odsłaniał sekretów kuchni zanim nie rozkręcę restauracji… (smiech) Mam już kilku zawodników „pod skrzydłami”, pracuję nad kolejnymi. Lista póki co nie jest długa, ale wszystko to jest zbieżne z moją wizją działania. Więcej do powiedzenia będę miał pewnie za rok czy za dwa lata – a przynajmniej taką mam nadzieję…

Źródło: własne / gramybezbramkarza.wordpress.com