Po miesiącach tułaczki po różnych krajach, sportowej niestabilizacji i rozchwiania mam nadzieję, że w Polonii odnajdę spokój i zajmę się wyłącznie tym, co robię najlepiej, czyli graniem w piłkę - mówi "Gazecie" 29-letni Euzebiusz Smolarek, który podpisał dwuletni kontrakt z zespołem z Konwiktorskiej.
Transfer 43-krotnego reprezentanta Polski do Polonii to największe wydarzenie letniej przerwy w ekstraklasie. Do kraju przyjeżdża były zawodnik Feyenoordu, Borussii Dortmund, Racingu Santander, Boltonu i Kavali. W polskiej lidze jeszcze nigdy nie grał.
Lubi pan Warszawę? Bywał pan tu prywatnie czy wyłącznie przy okazji zgrupowań reprezentacji?
Urodziłem się w Łodzi, ale rodzina babci mieszka w okolicach stolicy, więc bywałem tu także prywatnie. Nie znam dobrze Warszawy, ale jest tu kilka ładnych miejsc. Choćby Starówka. To duże, ładne miasto. Podoba mi się. Byłem tu jakiś czas temu podczas urlopu ze swoją partnerką.
Ale chyba nie spodziewał się pan, że w Warszawie będzie grał w piłkę?
- Nie. Ale pytany o polską ligę, zawsze mówiłem: "Nigdy nie mów nigdy". Życie płata różne rzeczy, mnie los rzucił do Polonii. I jestem szczęśliwy. W środę miałem trening indywidualny, wcześniej długo rozmawiałem z trenerem Bakero. We czwartek spotkałem się z drużyną. Wcześniej, przez dziesięć dni, trenowałem z Kavalą na zgrupowaniu w Atenach. Zaległości w bieganiu nie mam. Trener Kavali Dragomir Okuka prowadził kiedyś Legię i ponoć dał się poznać jako człowiek, u którego obozy przygotowawcze są ciężkie. Od tamtego czasu nic się nie zmienił. Biegania było duuuużo... Nie grałem jeszcze żadnego meczu, ale fizycznie czuję się dobrze. Chodzi o specyficzne rzeczy, piłkarskie, wkomponowanie się w zespół, taktykę, itd.
Jak pan trafił do Polonii?
- Kilkanaście dni temu zadzwonił telefon. W słuchawce usłyszałem znajomy głos. Pawła Janasa nie można z nikim pomylić. Wiedziałem, że pracuje w Polonii Warszawa, ale nie miałem pojęcia, za co odpowiada. Wytłumaczył i spytał, jaka jest moja sytuacja. Porozmawialiśmy trochę, później zadzwonił do mnie prezes Wojciechowski. Tym razem rozmowa była dłuższa. Zaproponował konkretne rozwiązania, poprosiłem o chwilę do namysłu. Zadzwoniłem w kilka miejsc, popytałem znajomych m.in. w Hiszpanii o trenera Bakero. I zdecydowałem się przyjść do Polonii. Sprawę kontraktu załatwiliśmy szybko.
Dlaczego polska liga?
- Moim zdaniem będzie coraz lepsza. Powstają piękne stadiony, jest coraz większe zainteresowanie kibiców, przyjeżdżają coraz lepsi piłkarze. Ja tutaj nigdy nie grałem, to będzie dla mnie coś nowego. Wszyscy mówią, że to mój upadek. Ja widzę to inaczej. W Polsce się urodziłem, mieszkałem przez pierwszych sześć lat życia, potem pojechaliśmy do Niemiec, następnie Holandii. Ale zawsze, jak przyjeżdżałem do kraju, podobało mi się. Nie wiem, może to kwestia powietrza? (śmiech)
Moim zdaniem w każdej innej sytuacji grzecznie by pan Polonii odmówił. Trener Okuka mówił, że chce pana w Kavali...
- Musiałem stamtąd odejść, taka jest prawda. W tamtym roku klub miał inny cel. Prezes sprowadził niezłych zawodników, płacił dobre pieniądze, a celem był awans do pucharów. Nie udało się, więc plany na nowy zostały zweryfikowane. Odeszli lepsi i drożsi piłkarze. Też spróbują powalczyć o Europę, ale mniejszymi nakładami. Powiem tak: w Grecji byli zadowoleni, że odchodzę. Prezes dał mi wolną rękę. Przygoda z Kavalą się skończyła, a że nadeszła konkretna i dobra oferta z Polonii, to ją przyjąłem. Miałem inne opcje, ale chciałem przyjechać i grać w Polsce.
Polska jest piękna, to fakt. Ale czy to dla pana najbardziej odpowiednie miejsce do grania w piłkę?
- Zobaczymy.
Polska liga nie jest za słaba dla pana?
- A może za dobra? Ja tu nie przyjechałem czynić cudów, tylko grać, strzelać gole i wygrywać każdy mecz.
Przyjeżdża pan do Polski po bardzo udanym okresie prywatnym i narodzinach syna. Ale sportowo te ostatnie dwa lata to porażka. Który moment o tym zdecydował? Wypożyczenie z Santander do Boltonu w sierpniu 2008 roku?
- Ostatnio nie było tak, jak chciałem, ale nie wszystko zależało ode mnie. W 2007 roku wyjechałem z Dortmundu do Santander. Pierwszy sezon w Hiszpanii miałem dobry, strzeliłem sześć goli, paru mi nie uznali. Ale walczyliśmy o puchary, poznałem ligę, kulturę i język. Wydawało się, że kolejny będzie lepszy. Musiałem jednak odejść z Racingu do Boltonu. Zdecydowały o tym kwestie finansowe, w Santander powoli zaczynało brakować pieniędzy. Płacili i obiecywali więcej niż mieli zaplanowane w budżecie. Przykładem jest teraz Mallorca, którą za długi UEFA wykluczyła z Ligi Europejskiej. Tak samo było w innych hiszpańskich klubach. To działo się trzy lata temu, a teraz wszystko wychodzi na jaw. Prezes Santander miał dobre układy z prezesem Boltonu i tak trafiłem do Anglii. Razem ze mną Mustapha Riga, mieliśmy grać jako skrzydłowi. Ale trener to zmienił, bo potrzebował miejsca dla Kevina Daviesa. A później na siłę trzymał Szweda Elmandera, mimo że nie strzelił gola w pięciu kolejnych meczach. Różnica była taka, że ja byłem tam wypożyczony za darmo, a Elmandera kupił trener i musiał pokazać, że dobrze wydał pieniądze. W Boltonie nie dostałem szansy, co z tego, że zagrałem w dwunastu meczach, skoro na boisku spędziłem 230 minut? Po roku wróciłem do Santander, ale nie mogłem tam zostać.
Dlaczego?
- Podałem ich do sądu w FIFA, bo nie chcieli wywiązać się z warunków umowy. Wygrałem. Oni mówili, że skończyli ze mną współpracę. Działo się to przy okazji towarzyskiego meczu z Grecją w Bydgoszczy. Więcej siedziałem z telefonem przy uchu i rozmawiałem z ludźmi z FIFA niż myślałem o piłce. W końcu jednak kontrakt został rozwiązany na moich warunkach. Zostałem wolnym zawodnikiem.
I jesień 2009 spędził na bezrobociu.
- Myślałem, że jednego dnia rozwiążę kontrakt, a następnego rozdzwoni się telefon z ofertami. Pomyliłem się. Tygodnie oczekiwania przechodziły w miesiące. W jednym kraju mnie chcieli, ale mogłem tylko trenować, a grać dopiero wiosną. Do końca roku trenowałem więc indywidualnie i grałem amatorsko. Wygląda, że tylko narzekam, ale w piłce czasem mały problem szybko staje się wielkim.
A te opinie, że jest pan odludkiem, z nikim nie rozmawia w szatni, chadza swoimi ścieżkami, nie integruje się z drużyną...
- Byłem na wszystkich kolacjach, wychodziłem z drużyną. Nie mam z tym problemów. Hiszpańskiego nie poznałem do końca, ale trenera - jak do mnie mówił - rozumiałem. Nie dali mi czasu na naukę, dwa-trzy miesiące to za mało. Ale dobrze, że tak to wszystko się z Racingiem skończyło.
W którym momencie przemknęło panu przez głowę, by przyjechać do Polski?
- W ubiegłym roku, kiedy nie miałem klubu. Przyjechałem do kraju na kilka dni i pomyślałem, że jeśli byłaby dobra oferta, to... czemu nie?
Co najbardziej chce pan udowodnić w Polsce?
- Ja niczego nie muszę udowadniać. Przyjechałem tu strzelać gole, bo to potrafię najlepiej. Zobaczymy, czy się uda. Jestem pewny siebie, muszę być, inaczej nie byłoby dla mnie miejsca w piłce. Ale nie przyjechałem tu kończyć kariery. Spokojniejszego życia mieć nie będę. Fotografowie leżą w krzakach, żeby mi zrobić fotkę z torbą. Śmieszne. Wystarczyłoby, żeby spytali, to nie musieliby czaić się za drzewem. Poprosiłem tylko, by, kiedy sprowadzę rodzinę, nie robili mi do gazet zdjęć z synem. Bo on nie może się bronić. Zresztą i z synkiem przeżyłem zabawne historie. Ludzie pytali, jak się czuje Messi. Nie wiedziałem, o co chodzi. Ktoś w Polsce napisał, że takie imię dałem synowi. A mały nazywa się Mees, to stare, piękne, holenderskie imię. Ale czy moje sprostowania coś by dały? Poszło, że jestem ojcem Messiego (śmiech).
Kibicował pan kiedyś jakiemukolwiek polskiemu klubowi?
- Nie. Pierwszą drużyną, którą uwielbiałem, był Milan z Holendrami Gullitem, van Bastenem i Rijkaardem. Kocha i marzy się o grze w drużynie, która w danym momencie jest najlepsza.
Wielu polskich piłkarzy wraca do ligi na emeryturę. A pan?
- Za młody jestem. Przede mną jeszcze sześć lat grania. Tak przynajmniej myślę. Nie zastanawiam się, co będzie za dwa lata, a tyle obowiązuje umowa z Polonią. Dam ze siebie wszystko, co mogę, i nie uważam, by ten transfer był dla mnie zły.
Chce pan przekonać do siebie selekcjonera kadry, Franciszka Smudę?
- Nigdy nie rozmawialiśmy, nie znamy się. Z reprezentacji nie zrezygnowałem, ale o powołaniach decyduje trener. Nie dzwoni do mnie. Co mogę robić innego, niż grać i strzelać gole? Może przyjdzie czas, że zadzwoni.
Mówi pan, żeby nie oczekiwać cudów, ale ludzie będą ciekawi Smolarka. Zainteresowanie będzie ogromne.
- Będą patrzeć i krytykować. Takie życie. Przez ostatnie lata brakowało mi stabilizacji, komunikacji, pewności. Myślę, że tutaj to odnajdę. Jak najszybciej chcę się wyprowadzić z hotelu i sprowadzić rodzinę.
Podoba się panu obiekt Polonii?
- Jest OK. W Santander szatnie były gorsze. Po przyjeździe powiedziałem, że "cyrk się zaczął". To było pozytywne stwierdzenie. Ludzie o mnie nie zapomnieli, a przecież ja jeszcze nawet piłki tutaj nie kopnąłem. Zobaczymy, co będzie, jak kopnę. Nigdy nie polubię słowa "gwiazda", sam o sobie tak nie powiem, a wy nazywajcie, jak chcecie. Dla mnie najważniejsze jest, że dobrze się czuję i znów się śmieję. Piłka ma cieszyć i uszczęśliwić człowieka, a nie powodować frustrację i nerwy. To najważniejsze.
Źródło: Gazeta Wyborcza |