Ostatnio na portalu „Weszło!” pojawił się wywiad z Dariuszem Solnicą, który występował w Polonii w sezonie 1995/96. Rozmowa z napastnikiem patrząc przez polonijny interes nie jest oczywiście do polecenia (wielkim marzeniem zawodnika zawsze była drużyna naszego lokalnego rywala). Warto jednak przytoczyć fragmenty, w których wspomina nasz klub. 

Dariusz Solnica

Dariusz Solnica (fot. Weszło!)

Do Polonii trafił z Piaseczna, które w 1995 roku połączyło się z „Czarnymi Koszulami”. Wtedy spora grupa zawodników trafiła na K6. Byli w niej m.in. Igor Gołaszewski, Zbigniew MurdzaPiotr Stokowiec i właśnie Solnica. Pierwsza anegdota dotyczy malucha napastnika i „Stokiego”.

(…) Chyba pierwszym większym zakupem był niebieski maluch w czasach Dominetu Piaseczno. Bratowa wygrała go w konkursie na miss województwa siedleckiego, ale nie miała wtedy prawa jazdy, samochód był niepotrzebny, a ja coś odłożyłem. Co prawda długo nie posłużył. Ukradli go gdy zamieszkałem na Bemowie. Byłem już wtedy w Polonii. Piotr Rocki i Darek Dźwigała mieli kontakty na mieście, ale niestety Rocky powiedział, że malucha nie da się odnaleźć.

Piaseczno niby też trzecia liga, tak jak Orlęta, ale ambicje zupełnie inne. Wypłaty na czas, dobra organizacja, lepszy sprzęt, lepsze boiska. Klubem rządził pan Cacek, późniejszy właściciel Widzewa. Choć szczerze mówiąc, grając regularnie w reprezentacjach młodzieżowych liczyłem, że szybciej trafię znacznie wyżej. A nawet do Dominetu poszedłem przypadkiem. Klub interesował lewy obrońca z Łukowa, ale ostatecznie zaprosili jego i mnie. Zostałem tylko ja. Paczka była bardzo mocna, przyszedłem tam zimą, a wiosną zrobiliśmy awans do II ligi. W składzie Marek Zub, Igor Gołaszewski, Zbyszek Murdza, Jerzy Zygarek czy Adam Dąbrowski.

W szatni prym wiódł jednak Piotrek Stokowiec. Fajny kolega, przeinteligentna bestia. Piotrek, jak i ja, kupił sobie w tamtych czasach malucha. Różnica taka, że jego był biały, no i stan – igiełka. Trzymaliśmy się razem, któregoś dnia Piotruś mówi:

– Darek, lecimy na AWF na baletki. Pośmiejemy się, pogadamy.
– No dobra Piotruś, to jedziemy.

Lecimy Puławską maluchem Piotrka, aż tu nagle, na wysokości wyścigów, coś ten maluch robi „pyr, pyr, pyr”. Zgasł zupełnie. Ja żaden mechanik, Piotrek też. Wezwana laweta, na balety żeśmy nie dotarli, tylko szliśmy na nocny autobus. Następnego dnia okazało się, że zacięła się wskazówka od paliwa. Wskazywała pół zbiornika, a paliwa zero. Piotrkowi bardzo kibicuję, już wtedy, tak samo jak u Jacka Magiery, widać było, że ma zacięcie do trenerki.

Solnica wspomniał także swoje spotkanie z Dariuszem Dziekanowskim i braćmi Żewłakow.Udało się rok później z Polonią. W Polonii miałem wielkie szczęście, bo spotkałem idola z lat dzieciństwa, Darka Dziekanowskiego. Jeździłem dla niego na Legię. Miałem jego plakat zawieszony nad łóżkiem. A tu z idolem w jednej szatni. Niemożliwe. To był naprawdę piłkarz przez duże P, także jeszcze w czasach Polonii, schyłkowych, na treningach cuda robił. Był niesamowity. Pamiętam mecz na Konwiktorskiej, w którym strzelił z rzutu wolnego w lewe okienko. Sędzia zagwizdał, że coś było nie tak i kazał powtórzyć. Darek nic nie powiedział tylko strzelił w prawe okienko. Czegoś takiego nie widziałem. Prywatnie też super człowiek, elegancja, garnitur, biała koszula, a jeśli chodzi o podejście do młodych takich jak ja, zawsze był chętnie pomagał – powiedział o „Dziekanie”.

Nie będę kłamał: w życiu bym wówczas nie powiedział, że zrobią takie kariery. Michał ponad sto meczów w kadrze? No nie zapowiadało się. Ale to tylko dowód, ile znaczy ciężka praca i właściwe decyzje – powiedział o Żewłakowach Solnica.

Po awansie Polonii do Ekstraklasy Solnica Odszedł. Sprawa według niego wyglądała dość prosto: Stefan Majewski powiedział wprost: – Darek, przyjdą od Romanowskiego ludzie z Gdańska. Nie będziesz raczej grał. Szukaj sobie klubu. I musiał się zdziwić, gdy za chwilę zobaczył mnie w Legii. Dostałem telefon od Mirosława Jabłońskiego, który był asystentem świętej pamięci Władysława Stachurskiego, a mnie pamiętał jeszcze z młodzieżówek. (…)

Solnica przyznał się, że grając w „Czarnych Koszulach” odwiedzał trybuny naszego rywala zza miedzy. – Byłem i jestem legionistą z krwi i kości. Nawet grając w Polonii chodziłem na Legię. W młodości jeździliśmy na Łazienkowską we trójkę z Łukowa: ja, kolega Marcin i jeszcze Sebastian, niestety już świętej pamięci, bo zginął w wypadku samochodowym. Pierwszy nasz mecz Legia – Bayern. Później regularnie, jak tylko dało się to pogodzić z własnymi meczami. Nawet na wyjazdy jeździłem, byłem choćby na finale Pucharu Polski z Górnikiem Zabrze. Szacunek dla rodziców, że mnie puszczali, bo wiadomo jakie były czasy na trybunach. Raz też pałą przez głowę dostałem, któryś policjant mnie poczęstował. Ale najbardziej nieciekawa historia przydarzyła mi się akurat… ze strony kibiców Legii. Wracaliśmy z meczu i kibice z Siedlec, takie cwaniaki, ukradły nam naszą łukowską flagę. Ciekawe, może to przeczytają teraz, stare chłopy, i głupio im się zrobi. Powiedzieć, że zachowali się nieelegancko, to nic nie powiedzieć.

Źródło: Weszło!
Share