Doczekaliśmy się derbowego meczu naszego miasta. W III lidze, ale przez jakiś czas na inne liczyć nie możemy. Emocji takich jak w ekstraklasie nie było, co dziwne, tłumów na stadionie też… a szkoda, bo Legia przyjechała z kim tylko mogła w składzie.

Bartosz Wiśniewski

Bartosz Wiśniewski

Dlaczego tak uważam, dlaczego tak się stało? Otóż termin wypadł w przerwie w lidze, w czasie tzw. terminów UEFA. W tym czasie ekstraligi mają wolne, bo kluby oddają graczy do reprezentacji. W takiej sytuacji potentaci, chcąc utrzymać swoich grajków w trybie meczowym chętnie wysyłają ich na mecze rezerw. Wobec powyższego nie zobaczyliśmy największych, błyszczących pełnym blaskiem gwiazd znad kanałku, typu Kuchy, Guilherme, kung-fu Pazdan czy Malarz, ale plejada zawodników mocno ogranych u mistrzów kraju wybiegła dziś na stadion przy Konwiktorskiej. W tym naprawdę duże nazwiska naszej ligi, jak Michał Kopczyński, Dominik Nagy, Hildeberto czy Thibault Moulin. Dziwi mnie więc, że przyszło ich oglądać i dopingować naszych w tym prestiżowym meczu tylko 1070 widzów. Trochę wstyd za fanów naszego zespołu.

Po prawdzie mecz porywający nie był. U nas brakowało naszego kreatora gry Mariusza Marczaka, oni chyba nie chcieli umierać na boisku za swoje (?) barwy. Trochę gry jednak zobaczyliśmy. I trzeba przyznać, że nasi, grając z dużym zaangażowaniem, wcale nie odbiegali znacząco poziomem od graczy celujących w tytuł mistrzowski, a dalej udział w rozgrywkach międzynarodowych pucharów. Powiem więcej, gdyby nie błędna decyzja sędziego tego spotkania, p. Piotra Rzucidło, na dokładkę z Warszawy oraz jednego z jego bocznych, to powinniśmy mecz wygrać, ponieważ w I części gry Bartek Wiśniewski absolutnie nie był na spalonym i strzelona przez niego bramka powinna zostać uznana. Czyli od 6 minuty powinniśmy prowadzić, a ponieważ mieliśmy jeszcze nieprawdopodobną szansę w minucie 22, kiedy bramka, a w zasadzie bramkarz gości, zostali ostrzelani kolejno przez Marcina Kluskę, Rafała Zembrowskiego i znowu Kluskę z obrębu pola karnego lub wręcz bramkowego i akrobatycznym interwencjom Konrada Jałochy oraz naszej, hmmm, niefrasobliwości strzałowej „zawdzięczamy”, że do sieci nie wpadło.

Goście przewyższali nas wyszkoleniem technicznym i kulturą gry – nasi nadrabiali to walecznością, ofiarnością i dużą koncentracją uwagi. Nasza formacja obronna nie popełniała dziś praktycznie błędów, a Mateusz Tobjasz był naprawdę pewny w bramce. Tak więc goście mieli więcej z gry, ale groźniejsze były nasze akcje.

Sytuacja uległa zmianie w okresie ostatniej pół godziny meczu. Najpierw wyraźnie zaczął opadać z sił Mateusz Małek i został zmieniony przez Patryka Zycha. Później trudy meczu zaczęły być dostrzegalne u innych graczy i legioniści zaczęli nas coraz mocniej dociskać. Było widać, że ich dyspozycja fizyczna jest na wyższym poziomie, co specjalnie dziwić w sumie nie powinno. Część z nich systematycznie pojawia się na boiskach ekstraklasy, pozostali w przeważającej części składu gości, choć grają rzadziej, ale jednak ciągle trenują z tymi, którzy odgrywają jednak wiodącą rolę w naszej piłce.

W takiej sytuacji uważam, że choć meczu żeśmy nie wygrali, ale nasza ekipa nie zawiodła, zagrała na dobrym poziomie i wynik remisowy, akurat w tym przypadku, możemy traktować jako zasłużony i korzystny. Nie wiem co działo się w Wikielcu, gdzie Legia dostała ciężkie baty od jednej z najsłabszych ekip ligi, ale oni musieli tamten mecz zwyczajnie odpuścić. Myślę, że my w ciemno byśmy brali do składu nawet ich nie pierwszoplanowe postaci, jak choćby Roberta Bartczaka czy Tsubasę Nishi.

Czyli pozostajemy mistrzami remisów, tyle, że remis remisowi nierówny, a ten dzisiejszy oddaje przebieg gry i ogólnie jest korzystny.

Zdań kilka o naszych graczach.

O Tobym już wspomniałem – bez zarzutu.

Obrona nadspodziewanie dobrze. Gdyby tak grali w poprzednich meczach to kilka remisów byłoby wygranymi. Uważni, staranni, skupieni i walczący. Bardzo dobry mecz zwłaszcza Daniela Chorosia i niezwykle walecznego Marcina Bochenka. Jestem skłonny wręcz postawić na Marcina jako na gracza meczu.

W pomocy podobali mi się Piotr Maślanka (bliski strzelenia bramki) oraz Marcin Gawron. Z przodu pierwsze skrzypce grał dziś Bartek Wiśniewski. Reszta nie zawiodła i utrzymała dobry poziom.

Zwróćmy uwagę, że graliśmy bez Manola i Tomka Chałasa. Myślę, że Krzysztof Chrobak, mając świadomość przewagi technicznej naszych rywali, słusznie ustawił drużynę w uważnej grze obronnej z próbami szybkich wyjść do kontrataków oraz próbowania sił w strzałach z większego dystansu. Podkreślę jeszcze raz – przy niewielkiej skuteczności przeciwników mieliśmy szansę na wygranie tego meczu. Szkoda niewykorzystanej szansy przy ostrzale bramki Jałochy około 20 minuty, a zwłaszcza drugiej próby w tej akcji w wykonaniu Zembrowskiego, który chyba o ułamek sekundy za długo zwlekał ze strzałem. W odniesieniu zwycięstwa przeszkodzili nam też sędziowie, nie uznając bramki z samego początku meczu. Ekipa arbitrów nie powaliła mnie na glebę swoją pracą, choć widywałem już sporo gorszych. Szkoda, że odnosili się z delikatnym chyba respektem do naszych rywali, tak jakby nie chcieli aby stała im się krzywda. A mecz do sędziowania wcale aż tak trudny nie był, bo gracze obu drużyn, co nawet wzbudziło moje lekkie zdumienie, nie traktowali się zbyt ostro i mecz nie obfitował w dużą ilość przewinień.

Share