Ciekawej wypowiedzi dla „Przeglądu Sportowego” udzielił ostatnio środkowy pomocnik Lecha Poznań Radosław Majewski. Były polonista przyznał na łamach gazety, że nigdy nie cierpiał z powodu braku zatrudnienia w Legii!

Radosław Majewski

Radosław Majewski (fot. Tadeusz Robaszyński-Janiec)

Majewski mógł na Łazienkowską trafić dwa razy. – Najpierw w 2008 roku spotkałem się z Markiem Jóźwiakiem i Mirosławem Trzeciakiem, trenerem zespołu był Jan Urban. To była taka zapoznawcza rozmowa. Mój Groclin był wówczas w fazie łączenia z Polonią i w Legii kombinowano, jak zrobić, bym nie przyszedł jako piłkarz z Grodziska, ale jednocześnie bym jeszcze nie był polonistą. Chciano, bym był wolnym zawodnikiem. Nie udało się, więc sprawa się rozmyła. (…) W moim ostatnim sezonie w Nottingham Forest. Mało grałem, chciałem zmiany. Z tego co wiem, były jakieś nieoficjalne rozmowy przedstawicieli z Warszawy z moimi agentami. Podobno przy Łazienkowskiej wszyscy byli na tak, z wyjątkiem trenera Henninga Berga. Znał mnie, bo wcześniej pracował w Championship, w Blackburn. Uznał, że ma dużo pomocników, a piłkarza na pozycję numer dziesięć poszuka wśród innych kandydatów – opowiada w „PS”.

Wyjaśnił także dlaczego nie żałuje, że nie zagrał w barwach naszego lokalnego rywala. – Widocznie było mi z nią nie po drodze. Ale nigdy nie miałem problemu z tym, że tam nie zagrałem. Być może wynika to z faktu, że gdy byłem młody, prezes Znicza Sylwiusz Mucha-Orliński zabierał mnie na mecze wszystkich możliwych drużyn z Mazowsza. Polonia, Legia, Świt Nowy Dwór, GLKS Nadarzyn, Dolcan Ząbki – w weekend zaliczaliśmy co najmniej sześć meczów. Prezes mnie lubił, więc brał mnie wszędzie, gdzie jechał. Koledzy byli legionistami, ale ja nie. Gdy grała Legia, ja w tym czasie najczęściej sędziowałem na linii w meczach Znicza. W zamian dostawałem czekoladę – zdradza „Maja”.

Majewski zdradził również ciekawą anegdotę dotyczącą czasu kiedy reprezentował „Czarne Koszule”. – (…) Wystarczyło, że raz mnie zobaczyli na mieście i opinia się ciągnęła. Słyszałem nawet, choć dowiedziałem się tego dopiero po fakcie, że Józef Wojciechowski zatrudnił jakąś dziewczynę, która miała mnie śledzić. Później chyba z tego pomysłu zrezygnował – opowiada wychowanek Znicza Pruszków.

Wojciechowski chciał go również motywować rozmową z ówczesnym selekcjonerem Leo Beenhakkerem i szkoleniowcem Polonii Bogusławem Kaczmarkiem. – Nie wiem, jak miałbym się z Leo dogadać, bo jeszcze wtedy nie mówiłem po angielsku, a trener Kaczmarek też chyba nie. Wojciechowski chciał mnie postraszyć taką rozmową, by mnie zmotywować do lepszej gry. Pamiętam, jak byłem u niego na rozmowie w sprawie nowego kontraktu. Wyszedłem z niczym, bo nie zgodziłem się na proponowane mi warunki. Powiedział potem przy wielu osobach, że byłem jedyną osobą pracującą dla niego, która miała zawsze dużo do powiedzenia i walczyła o swoje”. Fakt, sprawa ciągnęła się trochę.

Źródło: własne / Przegląd Sportowy
Share