Piątkowy wieczór. Mecz Polonii z Siarką. Goście dwukrotnie wychodzą na prowadzenie. Nasi dwukrotnie wyrównują. Mają przewagę do ostatniego kwadransa, ale i potem stwarzają sobie okazje. Nie udaje się ich wykorzystać. Mecz kończy się remisem u siebie. Rozczarowanie? Gdzie tam! Kibice głośno dziękują zawodnikom za grę. Na trybunach nastrój pełen optymizmu, jakby nasi właśnie zdemolowali groźnego rywala lub wywalczyli awans do wyższej klasy rozgrywkowej.

Skąd ta euforia? Przecież ani Siarka nie jest tak silna, ani wynik nie powala na kolana. Otóż więc stąd, że Polonia po raz pierwszy w sezonie zagrała Mecz przez duże M. Nie przestała, nie przeleżała, a zagrała. 90 minut gry z Siarką to była zupełnie inna jakość niż do tej pory. Można rzec, że dziś była Siarka, a do tej pory Siara.

Wydaje się, że w stosunku do poprzednich meczów nie było wielkich zmian taktycznych. Znów mieliśmy silną nadreprezentację obrońców. Za to personalnie sprawa ma się zgoła przeciwnie. Zmiany na newralgicznych pozycjach nastąpiły już od pierwszej minuty. Były to zmiany, które kibice postulowali od początku sezonu, ale sztab pozostawał głuchy na wszelkie żądania i prośby o zmiany.

Aleksander Tomaszewski

Aleksander Tomaszewski

Aleksander Tomaszewski za Mariusza Marczaka. Marczak to postać „kultowa” z punktu widzenia sztabu. Wykreowano legendę, którą dzieci znają pod tytułem „Magiczne dotknięcie”. Jak to bywa w legendach, prawdy było w tym coraz mniej, aż skurczyła się do rozmiarów ziarnka. W II lidze Marczak stał lub dreptał w okolicy środka boiska, a jego dośrodkowania i rzadkie strzały na nikim nie robiły najmniejszego wrażenia. Robiło je natomiast stanie. Reszta drużyny zerkała kątem oka na swojego lidera i dostosowywała sposób gry do niego. Wszyscy stali i magicznie dotykali piłkę. Stop. Po prostu stali.

Ileż to razy słyszeliśmy, że nie można wpuszczać wcześniej Tomaszewskiego, bo chłopak ma siły na kwadrans. Kiwaliśmy smutno głowami mówiąc „niech trenuje, może kiedyś…”. Dziś zobaczyliśmy walczaka, który dawał pełne wsparcie Fabianowi Paweli, schodził na skrzydło, żeby dośrodkować, ganiał od linii do linii, wyłuskiwał piłkę po stratach, gryzł trawę, jeździł na dupie i nie odpuścił ani razu. Zszedł w 62. minucie, choć nie wyglądał na kogoś, kto oddycha rękawami i… gra od razu siadła. Kiedy na boisku pojawił się Manolo, wielu z nas pewnie sobie powiedziało „jest podrażniony, więc dzisiaj pokaże, na co go stać”. Teraz wiemy, że na niewiele, a jego wpływ na drużynę jest silnie destrukcyjny.

Michał Oświęcimka za Piotra Kosiorowskiego. Kosiorowski to zupełnie inna półka. Stara się, szarpie, a i umiejętności ma zdecydowanie wyższe od przygniatającej większości kolegów, ale i lata robią swoje. Jeśli trafi dobry dzień, potrafi być liderem. Jeśli nie, chowa się za Marczakiem, co nie jest trudne, bo ten na ogół stoi w miejscu. W jego miejsce wszedł chłopak, który pokazał już nie raz, że jeśli da mu się szansę, jest najlepszy na boisku. Dziś oczywiście też był najlepszy. Grał swoje – szarpał na całym boisku, był absolutnie wszędzie, odbierał piłki, przecinał podania, rozdzielał podania, kiedy szła nasza akcja. To tytan pracy, który sporo widzi i któremu zawsze się chce. Kiedy wszedł za niego Kosior, ze świeżymi siłami, gra siadła zupełnie.

Przemysław Szabat

Przemysław Szabat

Wreszcie Przemysław Szabat za Marcina Bochenka. Ta zmiana udowodniła jedno: nie mamy prawego obrońcy. Chyba wszyscy zgodzą się ze mną, że Szabat był dziś zdecydowanie najsłabszy na boisku. Sam bym przed meczem nie uwierzył, gdyby ktoś mi powiedział, że będę nawoływał do tego, żeby wpuścić na boisko Bochenka, a tak było w końcówce. Szabat, niepewny od początku, w drugiej połowie zwyczajnie nie miał sił. Żółtą kartkę złapał już wcześniej, a ponieważ co chwilę nie nadążał za akcją, kilka jego interwencji mocno pachniało czerwienią. Jakim cudem dotrwał do końca, pozostanie słodką tajemnicą sędziego Dawida Bukowczana.

Wracając do gry całej drużyny, muszę przyznać, że patrzyło się na nią z przyjemnością. Reszta chłopaków, nie widząc stojącego w centralnym punkcie Marczaka (do 62 minuty oczywiście, bo potem sobie tam stanął), rozglądała się zdezorientowana po boisku. I gdzie nie spojrzeli, tam biegł właśnie Oświęcimka. Patrzysz do przodu – tam leci Cinek. Odwracasz głowę – Cinek jedzie wślizgiem. Znów zmieniasz kierunek, a tam Cinek właśnie podaje do ciebie. Cóż było robić? Trzeba przyjąć, podbiec, odegrać… I tak powoli tempo Michała stawało się tempem drużyny. Drużyny grającej jak nigdy w tym sezonie. Drużyny, która walczyła, gryzła, faulowała, miała pomysł, stwarzała sytuacje, grała do przodu… Takiej drużyny, jaką chcemy oglądać co tydzień.

Czy to znaczy, że jak za „magicznym dotknięciem” zniknęły wszystkie nasze kłopoty? Niestety nie. Uzmysłowiłem to sobie pierwszy raz, kiedy zaczęły się zmiany. Jak wspomniałem wyżej, gra zaraz siadła. To oznacza, że naszym celem transferowym w zimowym okienku powinien być nie tylko prawy obrońca (lub dwóch), ale również dwóch środkowych pomocników: kreatywny i defensywny. Jak wspomniałem, Oświęcimka grał do tej pory bardzo mało, co wielu komentowało doszukując się w tym fakcie drugiego dna. Ja tylko wspomnę, że tajemnicą poliszynela pozostaje, że ten transfer był autorskim pomysłem Igora Gołaszewskiego. Także w małej liczbie minut Olka Tomaszewskiego czy Czarka Sauczka doszukiwano się drugiego dna. To oczywiście kalumnie, pomówienia i ogólnie – grubymi nićmi szyty lep propagandy. Wszyscy wiemy, kto za tymi nićmi stoi.

Igor Gołaszewski

Igor Gołaszewski

Swoistym memento do dzisiejszego meczu, a nawet ostatnich dziesięciu kolejek, była konferencja prasowa. To dopiero była siara. Rzecz kuriozalna, która nie miała prawa się zdarzyć. W profesjonalnym klubie po czymś takim trener po prostu wyleciałby z pracy. A było tak, że po dokonaniu zmian, o których wszyscy piszą od dawna, gra zmieniła się diametralnie. My usłyszeliśmy jednak, że winnymi dotychczasowych niepowodzeń nie są piłkarze ani błędne decyzje trenera, tylko kibice, którzy mają czelność czasem napisać coś krytycznego. Dowiedzieliśmy się też, że o miejscu na boisku zawsze decyduje dyspozycja w danym tygodniu.

Te słowa wymagają kilku zdań komentarza. Drogi trenerze! To nie kibice żyją z klubu, a klub z kibiców. To my płacimy za bilety. To my kupujemy gadżety. To my jeździmy za własne pieniądze za drużyną i zdzieramy za darmo gardła. Nam nikt nie płaci, a jednak pozostajemy drużynie wierni od wielu, wielu lat. Bo kochamy ten klub. Nie musieliśmy kochać prezesa Józefa Wojciechowskiego ani prezesa Ireneusza Króla, nie musimy kochać prezesa Jerzego Engela. Nikt nas nie był w stanie zmusić do pokochania trenera Dariusza Wdowczyka czy trenera Engela. Trenera Włodzimierza Małowiejskiego albo trenera Jacka Zielińskiego. Nawet José Marí Bakero nikt nam nie mógł kazać kochać. Jednych prezesów lubimy bardziej, innych mniej. Takoż trenerów, zawodników, masażystów, lekarzy, kierowników drużyny. Ale jedno się nie zmienia. Kochamy ten klub i wierzymy w drużynę. Inaczej po prostu by nas tu nie było.

Wiara w drużynę i miłość do Polonii nie oznacza ślepej akceptacji wszystkiego, co w klubie się dzieje. Jako kibice mamy prawo krytykować błędne naszym zdaniem decyzje personalne czy taktyczne. Mamy prawo pytać, co się dzieje w sprawie stadionu. Mamy prawo nie być zachwyceni brakiem polityki marketingowej klubu. Robimy to w sposób delikatny. Pisząc teksty na stronie, wskazując lepsze – naszym zdaniem – rozwiązania. Nie urządzamy strajków jak na Legii czy Zawiszy. Nie bijemy piłkarzy jak Staruch. Nie rzucamy się z pięściami na trenerów czy działaczy. Po prostu wyrażamy nasze zdanie. Warto podkreślić, że nie krytykujemy wyłącznie, a nawet nie przede wszystkim, za wyniki. Krytykujemy jakość gry, bo jesteśmy absolutnie pewni, że tę drużynę stać na więcej. Może nie na awans, ale na taką grę jak dziś. Jeśli więc będzie przegrywać po takiej walce i grze jak z Siarką, krytyka z pewnością będzie łagodna lub zgoła nie będzie jej wcale. A jeśli wróci do siary uprawianej dotychczas, można się spodziewać powrotu wcześniejszego poziomu krytyki.

Jeśli ktoś, kto bierze pieniądze za pracę w klubie, nie wytrzymuje presji, powinien pomyśleć o zmianie zawodu, a nie skarżyć się, że gra mu nie idzie, bo jakiś kibic napisał, że ma słabszą lewą nogę. Obojętne jest, czy chodzi o szatniarza, czy prezesa klubu. Każdy powinien się przyzwyczaić do tego, że jego praca może być poddana ocenie, a ta ocena nie zawsze będzie pozytywna. Tak się dzieje w każdym klubie na świecie i nikogo nigdzie to nie dziwi. Zwalanie winy za słabą grę drużyny we wcześniejszych meczach na portal kibicowski (dodajmy, że jedyny już, który w ogóle funkcjonuje i relacjonuje na bieżąco wydarzenia w klubie), to kompromitacja i żenada.

Słowa o decydującej dyspozycji z danego tygodnia mogę wywołać wyłącznie uśmiech politowania. Michał Oświęcimka zagra do tej pory dwa mecze w pełnym wymiarze czasu. W obu był bezwzględnie najlepszy na boisku. Także w jednym z meczów, w którym zagrał bodaj pół godziny zdążył zrobić więcej, niż reszta kolegów. Jest więc dziwna zależność, że w ciągu prawie każdego tygodnia Cimek ma kiepską dyspozycję, a w meczu przewyższa resztę o klasę. Poważnie? Mamy naprawdę to łyknąć?

Cieszy to, że po dziewięciu słabych meczach wyciągnięto wnioski. Cieszy, że nasze wcześniejsze teksty, wskazujące takie właśnie zmiany w drużynie, zostały wzięte pod uwagę i przyniosły pozytywny efekt. Zamiast więc krytykować kibiców za to, że starają się pomagać w znalezieniu rozwiązania, że poddają pomysły (które okazują się dobre) czy wskazują, gdzie mogą tkwić błędy, może warto czasem głębiej się zastanowić nad tym, co ci kibice piszą? Może też nie warto sztywno trzymać się złych rozwiązań, a winę widzieć tylko w innych? W końcu wszyscy chcemy tego samego: jak najszybciej zobaczyć Polonię tam, gdzie jej miejsce. W ekstraklasie.

Będziemy się bardzo cieszyć, jeśli wówczas na ławce usiądzie legenda klubu – Igor Gołaszewski. Ale Igor Gołaszewski musi dać szansę sobie, drużynie i nam.

Share