Publikujemy dziś zaległy tekst „Gazety Wyborczej”. Jest to wywiad z Bartoszem Wiśniewskim. Jakoś tak go przeoczyliśmy, ale chyba warto zacytować co nie co. 

Bartosz Wiśniewski

Bartosz Wiśniewski (fot. Robe)

„Wiśnia” uważa, że Polonia ma predyspozycje do awansu [rozmawiano przed meczem z Bronią Radom – przyp. DS.]. Jednak co ciekawe zarząd nie stawiał przed napastnikiem konkretnych celów. – Prezes Jerzy Engel w rozmowie przed transferem nie stawiał przede mną konkretnych celów. Raczej pytał, czego ja oczekuję od siebie i od klubu. Chciał sprawdzić moje ambicje. Na tym budowaliśmy naszą rozmowę. Chcę wygrywać, jeśli władzom Polonii się spodobała taka mentalność, to bardzo się cieszę. Dla ludzi w Polonii było ważne, że od jakiegoś czasu mieszkam w Warszawie, że nie muszę się aklimatyzować. To pokazuje, że przy Konwiktorskiej wiedzą, czego chcą. Jeśli to pójdzie w parze z moją dobrą grą, a przy okazji drużyna będzie się rozwijać, to wspólnie osiągniemy awans – zdradza i dodaje, że negocjacje z „Czarnymi Koszulami” trwały bardzo krótko.

Wiśniewski najlepiej czuje się jako ofensywny pomocnik lub wysunięty napastnik. Niestety w spotkaniu z Bronią nie wyszło mu za dobrze to ustawienie. A jak widział mecz z Ursusem (0:0)? – Z Ursusem gdybyśmy na początku meczu ich „napoczęli”, to pewnie skończyłoby się na 2:0 dla nas. Nie udało się strzelić gola, chociaż rywalom trzeba oddać, że również mieli swoje sytuacje – szczególnie pod koniec meczu.

Kenneth Zeigbo, jeden z najlepszych obcokrajowców w latach ’90 udzielił ostatnio ciekawego wywiadu „Gazecie Wyborczej”. W rozmowie stwierdził, że początkowo przymierzany był do… Polonii!

– (…) Klub [Polonia – przyp. DS] poszukiwał napastnika i na jeden z meczów wysłał skauta, który miał obserwować zupełnie innego piłkarza. Po obejrzeniu materiału wideo Polonia zdecydowała jednak, że na testy mam przyjechać ja. Spakowałem się w kilka chwil po spotkaniu ligowym, które rozgrywałem i nawet nie zdążyłem poinformować o wyjeździe mamy. Nie było jej wtedy w domu, nie było mowy o telefonie, więc nie miałem się jak z nią skontaktować. W tym czasie na testach w Warszawie przebywało także kilku innych chłopaków z Afryki, ale to ja w sparingach strzeliłem najwięcej goli. Klub był zdecydowany na pozyskanie mnie. Jednak kiedy prezes usłyszał, że trzeba zapłacić 280 tys. dolarów, nagle zmienił zdanie. Ostateczną decyzję podjąć miał trener z zastrzeżeniem, że jeżeli nie sprawdzę się w Polonii, to on straci posadę. Chociaż prywatnie mówił mi, że bardzo mu się spodobałem, to stwierdził, że nie podejmie ryzyka (…) Następnego dnia mieliśmy wracać do Nigerii, ale rano mój menedżer dostał telefon, że jak najszybciej mamy pojawić się na stadionie Legii, bo chcą mnie sprawdzić. Tęskniłem już za domem i chciałem jechać do domu, ale przekonano mnie, że warto spróbować raz jeszcze. To była najlepsza decyzja mojego życia. Zagrałem w wewnętrznej gierce drużyny juniorów z pierwszym zespołem. Każdy w Legii potwierdzi to, że trenera przekonałem do siebie w pięć minut. Przy pierwszym kontakcie z piłką minąłem Pawła Skrzypka i Jacka Zielińskiego i strzeliłem gola lobem nad Grześkiem Szamotulskim. Mirosław Jabłoński przerwał grę i wezwał mnie do siebie. Myślałem, że zrobiłem coś złego – myliłem się. Trener pochwalił mnie i powiedział, że mam wziąć torbę i iść negocjować swój kontrakt z Legią. Dogadaliśmy się w moment. Potem Polonia żałowała swojej decyzji. Klub próbował nawet jeszcze utrudniać mi przejście do Legii argumentując, że to oni sprowadzili mnie na testy i że jestem ich piłkarzem. Było już jednak za późno. Kiedy kilka miesięcy później strzeliłem gola Widzewowi w Superpucharze, trener Polonii został zwolniony, bo nie poznał się na moim talencie. Prezes przepraszał mnie nawet za tamtą sytuację. Nie żywiłem urazu, bo to dzięki niemu trafiłem do Polski – powiedział „GW” Zeigbo.

Nigeryjczyk pokusił się także o porównanie obu stołecznych klubów. – (…) Miała ładniejszy stadion, zdecydowanie lepszą murawę, a przede wszystkim dużo silniejszą drużynę – niemal każdy grał w reprezentacji narodowej. Organizacja była na nieporównywalnie wyższym poziomie. Polonia zorganizowała mi tylko małe mieszkanko na Wawrzyszewie. Legia przez pierwsze tygodnie opłacała mi pobyt w hotelu Marriott, a na treningi przyjeżdżałem taksówką. Potem pomogła mi znaleźć mieszkanie na ul. Duracza. Klub sprawił, że czułem się w nim wyjątkowo potrzebny. W Polonii nikomu na mnie nie zależało. Dobry kontakt miałem tylko z Michałem i Marcinem Żewłakowem. Obaj myśleli inaczej niż reszta, byli bardziej otwarci na rozmowy i pomoc – od razu wiedziałem, że zrobią duże kariery – analizuje były napastnik CWKS-u.

Mimo tego, że „Czarne Koszule” nie zdecydowały się na Zeigbo zwróciły się do niego z prośbą o pomoc kilka miesięcy później. – Polonia znowu szukała napastników i mając kontakt do mnie zgłosiła się po pomoc. Poleciłem im czterech zawodników, w tym właśnie Emmanuela Olisadebe. Nie czuję jednak, że to dzięki mnie zrobił tu ogromną karierę. Dostał szansę i był na tyle dobry, że ją wykorzystał – wspomina w „Stołecznej” i dodaje, że często wraz z „Olim” i Emmanuelem Ekwueme wspólnie spotykali się w KFC.

Na koniec wspominek „Weszło!” w ramach drobnego dopiekania Sławomirowi Peszko pisze o zawodnikach, którzy po powrocie z zagranicy przestali błyszczeć. Skupmy się więc na byłych polonistach.

Grzegorz Piechna

Grzegorz Piechna

Grzegorz Piechna Sezon 02/03: Piechna królem strzelców IV ligi w Ceramice Paradyż. Sezon 03/04: Piechna królem strzelców III ligi w Heko Czermno. Sezon 04/05: Piechna królem strzelców pierwszej ligi, rok później już Ekstraklasy. Gdyby utrzymał to tempo dziś byłby emerytowanym królem strzelców La Liga, Premier League, mundialu, NBA i Zimowych Igrzysk Olimpijskich. Nie utrzymał: raz strącony w Moskwie ze strzeleckiego tronu na dobre zapomniał jak się strzela gole. W Widzewie jedna runda, zero goli, a potem już tylko klepiska, polskie i greckie.

Euzebiusz Smolarek Gdyby kariera Smolarka potoczyła się tak jak powinna, nigdy nie powinno być nawet tematu Ekstraklasy. Ale zamiast gościa, który strzelał jak na zawołanie w kadrze i BVB nagle stał się gościem, z którego śmieje się Smuda (Kavala to ja wam mogę opowiedzieć), i który nie radzi sobie w przeciętnym Den Haag. W Polonii po dobrym początku stracił formę i był czołgany przez Wojciechowskiego. W Białymstoku czasem coś dawał, ale też zdążył zwiedzić boiska Młodej Ekstraklasy. Nie tego oczekiwano – miał robić różnicę i być motorem napędowym, a nie kimś kto błyśnie raz na trzy mecze.

Źródło: własne / Gazeta Wyborcza
Share