„Gazeta Wyborcza” publikuje rozmowę z jednym z najstarszych fanów „Czarnych Koszul” – Juliuszem Kuleszą

Nim przejdziemy do cytowania chętnych zapraszamy do zapoznania się z całością wypowiedzi [tutaj link].

Swoją przygodę z Polonią Kulesza rozpoczął od derbów Warszawy. Polonia pokonała wtedy Warszawiankę (5:2). – Rok przed wojną, w październiku 1938 r. To były derby Polonia – Warszawianka. Polonia wygrała 5:2 i od razu się w niej zakochałem. Na początku lat 30. to Legia była najlepsza, ale trzy-cztery lata przed wojną przestała istnieć. W następnych latach najmocniejsza była Polonia. Tak więc jestem polonistą już od 77 lat – zdradza w „GW”.

Ostatnim przedwojennym spotkaniem, które śledził pan Kulesza był mecz z łódzkim Unionem Touring (dawny Klub Turystów Łódź – przyp. DS). – Była to łódzka drużyna założona przez niemieckich fabrykantów. Ich bramkarz Czarski przechwalał się, że w Warszawie wygrają co najmniej 4:0. W jednej z pierwszych akcji nasz Zenon Odrowąż, drugi najlepszy po Wilimowskim napastnik w Polsce, minął obrońców, zwodem położył Czarskiego na ziemi, ale nie kopnął piłki od razu. Zatrzymał ją na linii i powiedział: No, kolego Czarski, 4:0 to nie wygracie, ale może być 4:1. Oczywiście Polonia i tak im dołożyła.

Po wojnie Kulesza musiał przeprowadzić się do fabrycznego miasta. Przeprowadzka zabrała mu możliwość zobaczenia jak jego ukochana Polonia zdobywa pierwsze mistrzostwo Polski. Pan Juliusz widział tylko jeden mecz tego sezonu. Na własne oczy mógł zobaczyć potyczkę z Łódzkim KS.

Do stolicy przyjechał z Marianem Łączem (w sensie, że w tym samym roku). – Jakoś w tym samym czasie do Warszawy sprowadził się gracz, którego oglądałem jeszcze jako kibic w Łodzi – Marian Łącz, potem słynny aktor, ale i znakomity napastnik. Jak już był piłkarzem Polonii, najczęściej grał tylko do przerwy meczu, później w te pędy się przebierał i biegł na wieczorny spektakl do teatru. Pierwszy mecz, jaki widziałem po powrocie, to spotkanie Polonii z Polonią z Bytomia. Dołożyliśmy im 3:1. Polonia miała wtedy wspaniałą drużynę. W bramce Borucz, w obronie Szczepaniak z Giewartowskim, dalej Brzozowski, Świcarz, Ochmański, Woźniak To była autentyczna warszawska drużyna – wspomina uczestnik Powstania Warszawskiego.

Zapytany o siłę rywali zza miedzy odpowiada, że była mocną drużyną, ale grali w niej przybysze (m.in. Kazimierz Górski z Lwowa – przyp. DS). Polonia z czasem stała się bardzo biedna. Przydzielono jej resort kolejowy, a na kolei – bieda. Tak samo jak u zaprzyjaźnionej Cracovii, którą po wojnie nazwano Ogniwem i podłączono pod resorty biurowe, administracyjne. A Legia była bardzo bogata. Wiadomo – wojsko. – wspomina Kulesza.

Polonia zdaniem pana Julka była klubem ukochanym w stolicy, bo identyfikacja Warszawiaków, uczestników Powstania była ogromna. – Jak wróciłem do Warszawy i zacząłem znów chodzić na mecze, uderzył mnie widok kibiców, wśród których mnóstwo było inwalidów, bez nóg, o kulach. Te wszystkie rany mieli przecież z powstania – wspomina w „Wyborczej”.

Pragniemy również poinformować, że niedawno polonijni oldboye Henryk Misiak Stanisław Kralczyński odwiedzili z upominkami byłego gracza II ligowej Polonii Macieja Jezierskiego, który nadal sercem jest przy klubie z Konwiktorskiej 6.

Źródło: własne / Gazeta Wyborcza